Kiedy patrzy na siebie w lusterku, widzi mężczyznę w sile wieku, który uśmiecha się do siebie. Mężczyznę, który na pytanie Hamleta „być albo nie być?” zawsze odpowiada „być”. Mężczyznę, któremu czarownica przepowiedziała przyszłość. Oto Bogdan Tosza, dyrektor Filharmonii Krakowskiej.

To jest prawdziwa czarownica. Ona nigdy się nie myli – powiedział Kazimierz Kutz, przedstawiając pracującą z nim na planie charakteryzatorkę. Kobieta spojrzała na Bogdana Toszę i bez słowa sięgnęła po jego rękę. Przypatrywała się przecinającym ją liniom, by po chwili z przekonaniem oświadczyć, iż widzi na niej nagłą zmianę. – Nie rozumiałem tej wróżby. Wprawdzie zostałem w tym czasie dyrektorem Teatru im. Wyspiańskiego w Katowicach, ale od wielu lat tam reżyserowałem, byłem zastępcą dyrektora do spraw artystycznych, więc o gwałtownej zmianie nie było raczej mowy. Dopiero po wielu latach wiem, o co jej chodziło. Wiem także, że to była dobra wróżba – mówi obecny dyrektor Filharmonii Krakowskiej. Dlaczego dobra? Zrozumiem, gdy wspólnie skończymy malować jego portret.

Choć rozmawiamy w Filharmonii, nie towarzyszą nam dźwięki ukochanego Mahlera Bogdana Toszy, ale zdecydowanie mniej subtelne, industrialne odgłosy – uderzenia młotków, huk wiertarki i spadającego gruzu. W budynku, który zwykle jest świadkiem pięknych koncertów, trwa remont. Nie przeszkadza on nam jednak, gdy skupiamy się na lusterku, które podsuwam dyrektorowi przed oczy, prosząc, by się w nim przejrzał. – Kogo widzę? Mężczyznę w sile wieku, który uśmiecha się do siebie. Mężczyznę, który na pytanie Hamleta „być albo nie być?” zawsze odpowiada „być”. Mężczyznę, który nie lubi pracować na kontrze, w sporze, ponieważ woli rozmawiać – mówi, a to dla mnie sygnał, że portret ten będziemy malowali w pogodnych barwach.

Szkic 1: marchewkowy odcień

Niedziela 10 sierpnia 1952 roku, Jaworzno. Janina Toszowa jest zapracowaną kobietą, więc synów rodzi jedynie w dni świąteczne. – Urodziłem się o 7 rano. Tego samego dnia, tyle że o godzinie 6, przyszedł na świat mój kolega ze studiów Jerzy Pilch. Zawsze ze mnie żartował, że jestem dowodem na to, iż protestanci wstają wcześniej od katolików – śmieje się Bogdan Tosza, który w dzieciństwie zostaje obdarzony marchewkoworudą fryzurą. To nie są czasy, kiedy piano by z zachwytu nad oryginalnością takiej urody. Wręcz przeciwnie, chłopak słyszy jedynie złośliwe powiedzonka typu „rudy do budy”. Ale nie daje sobie w kaszę dmuchać. Raz po raz toczy zacięte walki na pięści, które – jak dziś nie bez dumy wspomina – kończyły się przeważnie jego zwycięstwem. – Już będąc na studiach, pojechałem z kolegami do Kalwarii Zebrzydowskiej, by zobaczyć Misterium Męki Pańskiej. Jakaś „Szalona Greta” wskazała na mnie palcem i krzyknęła „Judasz”. Cała procesja skierowała wzrok w moją stronę. Nie wiem, czym by się to skończyło, gdybym się nie wycofał – wspomina.

Prof. Jan Błoński na wykładach z literatury współczesnej przybliżył mu nieznane dotąd utwory Paula Celana. Prof. Ewa Miodońska-Brookes zarażała go nieuleczalną chorobą, która nazywa się Stanisław Wyspiański, a prof. Władysław Stróżewski sprawił, że zainteresował się tekstem Freuda o Leonardzie da Vincim.

Ale to nie przez kolor włosów zapamiętano go w bibliotece w Jaworznie, tylko przez liczbę wypożyczanych książek, które pochłaniał w błyskawicznym tempie. Mimo to ojciec, z zawodu budowlaniec, widział go w technikum, a w najlepszym przypadku w szkole ekonomicznej. Trzeba było interwencji dyrektora podstawówki, by mógł pójść do liceum. – Tato oglądał później moje spektakle i był ze mnie dumny – wtrąca Bogdan Tosza, który właśnie wtedy zaczyna łapać bakcyla teatru. A to za sprawą polonistki, która od początku nie miała wątpliwości, że trafiła na nieprzeciętnego ucznia. To ona wysyła go na olimpiadę polonistyczną, a także na zajęcia prowadzone w domu kultury przez historyka sztuki z Krakowa Włodzimierza Hodysa. – Był jedną z najważniejszych osobowości, jakie spotkałem. Odkrył przede mną nowe przestrzenie literatury i sztuk plastycznych. Kiedy później odwiedziłem go w jego mieszkaniu przy ul. Koletek, nie mogłem oderwać się od jego biblioteki, liczącej tysiące tomów. Wśród nich zobaczyłem po raz pierwszy wydawnictwa paryskiej Kultury.

Szkic 2: wśród „okularników”

To było już w czasach, kiedy Bogdan Tosza przyjechał do Krakowa, by rozpocząć studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Miał szczęście, że trafił na Wydział Polonistyki w momencie, kiedy wykładali tu wybitni profesorowie. Znalazł się wśród ostatniego rocznika, który słuchał głębokich analiz prof. Kazimierza Wyki. Prof. Jan Błoński na wykładach z literatury współczesnej przybliżył mu nieznane dotąd utwory Paula Celana. Prof. Ewa Miodońska-Brookes zarażała go nieuleczalną chorobą, która nazywa się Stanisław Wyspiański, a prof. Władysław Stróżewski sprawił, że zainteresował się tekstem Freuda o Leonardzie da Vincim.

No i były przeciągające się długo w noc spotkania z nietuzinkowymi kolegami z roku: Marianem Stalą, Adamem Szostkiewiczem, Jackiem Filkiem, Jerzym Pilchem... – Z Pilchem zbliżyliśmy się najbardziej na boisku. Wszyscy ci „okularnicy” byli ze sportem na bakier, a ja przez lata uprawiałem lekkoatletykę, więc mogliśmy razem grać w piłkę. Problem leżał w tym, że naszym bramkarzem był Marian Stala. Należał on do tego typu wyjątkowych bramkarzy, którzy najczęściej stoją odwróceni tyłem do boiska – śmieje się Bogdan Tosza i dodaje, że ich męskie przyjaźnie szybko zostały nadwątlone, gdyż w życiu każdego zaczęły pojawiać się kobiety. – Pilch zakochał się po uszy w swojej przyszłej żonie Ance, a ja w Elżuni, mojej – nie boję się tego powiedzieć – pierwszej miłości z liceum, która także była z nami na roku. Parę lat później wzięliśmy ślub i jesteśmy razem do dzisiaj.

Czas studiów to okres absolutnego teatralnego szaleństwa. Teatr młodych polonistów nie miał nazwy, bo przecież byłby to dyshonor dla awangardowej sceny. Za to miał grupę entuzjastów, którzy co rusz zbierali się, by pracować nad kolejnymi etiudami albo wyjeżdżali na warsztaty prowadzone przez Jerzego Grotowskiego i jego dwóch aktorów. Mnóstwo czasu spędzali też w Starym Teatrze, gdzie Konrad Swinarski przygotowywał właśnie Dziady, a później Wyzwolenie i Hamleta. – Próby do tych spektakli umocniły mnie w przekonaniu, że chcę studiować reżyserię. Ale niemały wpływ mieli też na tę decyzję Wajda, Jarocki, Kantor oraz spektakle w Teatrze STU od Spadania po Pacjentów.

 

Szkic 3: kurtyna na pierwszym planie

W szkole teatralnej Bogdan Tosza nie czuł się komfortowo. Po śmierci Konrada Swinarskiego krakowska PWST popadła w marazm. Promyk nadziei w mury uczelni wnosiła jego koleżanka z roku Anna Polony, która, choć sama już uczyła w szkole, to równocześnie zaczęła studiować reżyserię. – Bez Anki byłoby jeszcze ciężej. To ona zdecydowała, że zostanę starostą roku. Gdy ktoś zadał pytanie „dlaczego Tosza?”, odpowiedziała: „Bo on będzie dyrektorem teatru”. Później, gdy prowadziłem Teatr Wyspiańskiego w Katowicach, wyreżyserowała u mnie Śluby panieńskie i Wesele.

Na razie Bogdan Tosza jako młody reżyser musi zapłacić frycowe na prowincji. Debiutuje więc w Częstochowie Domem Bernardy Alba, by za chwilę pojechać do Tarnowa i zrobić tam prapremierowy tekst Ireneusza Iredyńskiego Strach i zachwyt. A potem przyszedł czas na Kalisz. Romana Próchnicka zaprosiła tam młodych artystów, wśród nich Tadeusza Słobodzianka, Janusza Stokłosę, Dorotę Kolak. Bogdan Tosza razem z Rudolfem Zioło dostaje etat reżysera i przeżywa karnawał „Solidarności”, przygotowując między innymi Mizantropa. Po 13 grudnia nie godzi się na przeniesienie tego spektaklu do Teatru Telewizji. Bierze udział w bojkocie.

Niebawem wiąże się też z Teatrem im. Wyspiańskiego w Katowicach, gdzie dyrektorem jest znany mu z PWST prof. Jerzy Zegalski. – To za jego dyrekcji wyreżyserowałem tam prapremierę Marmuru, jednej z dwóch sztuk Josefa Brodskiego. Byłem na stypendium w Hamburgu, gdy Brodski dostał Nagrodę Nobla. W Bibliotece Polskiej Emigracji rzuciłem się na jego teksty i zatonąłem w nich po uszy. Kiedy Marmur miał mieć premierę, dowiedziałem się, że pisarz przyjeżdża do Krakowa na zaproszenie Czesława Miłosza. Nie mogłem zmarnować okazji spotkania z nim. Gdzieś na korytarzu uniwersytetu zostałem mu przedstawiony. Powiedział, że strasznie chce mu się kawy. Zaproponowałem, żeby poszedł do Krzysztoforów. Nie przypuszczałem, że będzie chciał pójść tam ze mną. Spędziliśmy trzy fantastyczne godziny. Kiedy zostałem już dyrektorem w Katowicach, postarałem się, by Uniwersytet Śląski przyznał mu doktorat honoris causa. Mogłem go znowu gościć.

 

Szkic 4: nieco minorowy

To moment, kiedy do portretu wkradają się nieco ciemniejsze barwy. Bogdan Tosza bardzo boleśnie przeżywa rozłąkę z teatrem. W 2009 roku reżyseruje najważniejszy dla niego spektakl, oparty na Widnokręgu Wiesława Myśliwskiego. – Był on dla mnie niezwykle istotny. Ale w Polsce przedstawienie to miało słaby rezonans, mimo że w Lublinie uznano je za historyczne wydarzenie. Ale to był moment, kiedy teatr zmieniał się, przestało być w nim ważne słowo dramaturgia. Czułem, że nie ma dla mnie już w nim miejsca – mówi z perspektywy czasu.

Jednak po chwili minorowy ton zastępuje pogodna opowieść o Festiwalu Czterech Kultur, który przez kolejnych kilka lat przygotowywał w Łodzi. Sprowadził tam najwybitniejszych artystów, od pisarzy – Edgara Kereta, Wiesława Myśliwskiego, Bronisława Maja, Ryszarda Krynickiego, po malarzy – Jacka Sempolińskiego, Jacka Waltosia i muzyków z Kwartetu Śląskiego. Festiwal miał być sposobem na prywatny kryzys, a okazał się niezwykłą, odświeżającą przygodą, która stała się preludium do powrotu do Krakowa i objęcia Filharmonii.

 

Szkic 5: zdecydowanie muzyczny

– Muzyka zawsze była moją wielką miłością. Może dlatego tak ważne, jeszcze w czasie studiów reżyserskich, stało się dla mnie spotkanie z Józefem Opalskim, przesiadywanie u niego na kanapie i słuchanie utworów z jego olbrzymiej płytoteki. To tam po raz pierwszy usłyszałem symfonie Gustawa Mahlera – mówi dyrektor Filharmonii, którą objął 7 lat temu i którą wprowadził w sezon rocznicowych obchodów 70-lecia.

Ich zwieńczeniem będzie remont budynku, bo dyrektor Tosza, kiedy znowu stawiam mu przed oczami lusterko, by domalował jeszcze kilka kresek do swojego portretu, odpowiada, że chce zobaczyć na nim człowieka, który coś po sobie zostawił. Chciałby, żeby tym czymś był nie tylko wyremontowany budynek Filharmonii, ale i podjęta wreszcie decyzja o budowie na Grzegórzkach Centrum Muzyki, a także pięknie rozwijający się Festiwal Szymanowski/Polska/Świat.

*

Czarownica miała rację, wróżąc gwałtowną zmianę w życiu Bogdana Toszy. Przecież nigdy wcześniej człowiekowi teatru z krwi i kości nawet nie przyśniło się, że stanie na czele instytucji muzycznej. Teraz jest jednak przekonany, że była w tym jakaś logika, być może związana z jego usposobieniem. – Filharmonia to miejsce, które gromadzi miłośników harmonii – mówi pogodnie, stawiając ostatnią kreskę na swoim portrecie.



Fot. Grzegorz Kozakiewicz

Bogdan Tosza (ur. 10 sierpnia 1952 w Jaworznie) – reżyser teatralny, publicysta, eseista. Dyrektor Filharmonii im. Karola Szymanowskiego w Krakowie. Poza reżyserowaniem mnóstwa sztuk był także inicjatorem wielu spotkań literackich (m.in. współorganizator wizyty Josifa Brodskiego w Katowicach czy Miłosza, Barańczaka i Venclovy). Przy okazji niejako wykładowcą Wydziału Radia i Telewizji im. K. Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego. A potem pisuje do „Teatru”, „Dialogu”, „Zeszytów Literackich”, „Tygodnika Powszechnego”, kieruje Teatrem Polskim we Wrocławiu, współtworzy Festiwal Czterech Kultur w Łodzi. Od października 2012 roku Dyrektor Naczelny Filharmonii im. Karola Szymanowskiego w Krakowie.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, listopad 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

Wika Bisztyga spędziła w Słowiankach dziesięć lat. Folkloru i muzyki brakowało jej tak bardzo, że wraz z dawnymi członkami zespołu założyła Prasłowianki. W tym roku obchodzą jubileusz 10-lecia.

Wystarczy, że zanucą bałkańską pieśń i chce się płakać. Jest w tym tyle melancholii, że cierpnie skóra. Prasłowianki powstały w 2009 roku. – Trzonem naszego składu są artyści, którzy występowali w słynnym zespole Słowianki w latach 70. i 80. ubiegłego wieku. Dziesięć lat temu zespół obchodził pięćdziesiąty jubileusz. Wpadł mi wtedy do głowy szalony pomysł: byli członkowie nagrają z tej okazji płytę. I się zaczęło – opowiada Wika Bisztyga, która w Słowiankach spędziła kilkanaście lat.

Szybko znajdują się sponsorzy, więc Bisztyga kompletuje kapelę. Ówczesny akordeonista Słowianek Wiesław Dziedziński przyjmuje propozycję. Pozostali muzycy, włącznie z młodziutkim kontrabasistą Duszanem Korczakowskim, też zgadzają się na udział w niecodziennym eksperymencie. Z głosami jest najłatwiej. Zgłaszają się wszyscy, którzy są na stałe w Krakowie i mogą pochwalić się dobrą formą wokalną. Grupa spotyka się w budynku Szkoły Podstawowej przy ul. Spasowskiego 8.



– Odśpiewaliśmy nasz ulubiony „Słowiankowy” repertuar sprzed lat, który koniecznie należy ocalić od zapomnienia. Jakież było nasze zdumienie, gdy okazało się, że niby wszystko pięknie, ale prawie każdy głos ma swoją wersję wokalną, przy której obstaje. Jak ujednolicić brzmienie chóru? Na ratunek pospieszył nam absolwent Akademii Muzycznej w Krakowie Maciek Chmurski – basso profondo dawnych Słowianek. Wykonał tytaniczną pracę. Jego profesjonalizm, zaangażowanie i cierpliwość spowodowały, że wreszcie można było powiedzieć: nagrywamy – wspomina Bisztyga.

Prasłowianki to taki polski Buena Vista Social Club.

Do akcji rusza kolejny „Słowiankowy” bas Wiktor Korczakowski. W branży płytowej pracuje od lat, więc użycza swojego sprzętu i osobiście realizuje nagranie każdej pieśni. Wszystko dzieje się nocami w zaimprowizowanym studiu w Domu Plastyka przy ulicy Łobzowskiej 3. Nagranie, montaż, mastering i w grudniu 2009 roku materiał jest gotowy. Jeszcze tylko tłoczenie, okładka i płyta zatytułowana Prasłowianki ukazuje się w całej krasie. – Wydawało się, że skoro mamy swoją sentymentalną pamiątkę z dawnych lat, to jesteśmy szczęśliwi i na tym koniec. A tu niespodzianka. Posypały się pierwsze propozycje koncertów: klub Piaskownica w Kurdwanowie, dziedziniec Radia Kraków, Białka Tatrzańska i wiele innych – mówi Bisztyga.

W tym roku zespół obchodzi jubileusz 10-lecia istnienia. Ma za sobą dziesiątki koncertów w Polsce, występował z Trubadurami i Nigelem Kennedym. – Najpiękniejsze jest to, że ciągle się nam chce. Dajemy radość innym, a przede wszystkim tworzymy wspólnotę ludzi kochających słowiański śpiew i muzykę, która zawsze była ponad podziałami. To choroba nieuleczalna. A nasz zespół to taki polski Buena Vista Social Club. Na jubileusz 10-lecia nagraliśmy płytę, która jest równie piękna, jak pierwsza, gdyż każdy dźwięk szlifowała z nami podpora altów Ania Korczakowska – podsumowuje artystka.

Słowianki podbijają świat

Zespół Słowianki, który zmienił oblicze polskiej kultury folklorystycznej, powstał w 1959 roku przy Katedrze Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Slawista Zdzisław Wagner zebrał grupę kilkunastu utalentowanych studentek. Do folkloru Słowian południowych miał wyjątkową słabość. Krakowska publiczność z miejsca pokochała Słowianki za wybitne głosy i krzewienie tradycji tańców ludowych. Potem pokochała je reszta świata. Zespół wystąpił na międzynarodowych scenach 3122 razy! Pieśni, które są w repertuarze Słowianek, nie usłyszy się nigdzie indziej. Wśród nich są utwory biłgorajskie, kurpiowskie, przeworskie, rzeszowskie, lubelskie, z górnego Śląska czy górali szczawnickich. Wszystkie odśpiewane jak najwierniej w pierwotnych wersjach. Słowianki mają w dorobku dwa albumy studyjne, wydanie japońskie i wiele nagrań radiowych i telewizyjnych, między innymi we Włoszech i Francji. Przez 60 lat istnienia zespołu przygodę ze słowiańskim folklorem przeżyło ponad 3300 artystów i artystek. W tym roku zespół będzie obchodził 60. jubileusz.

Najpiękniejsze wspomnienia? Wiktoria Bisztyga dobrze pamięta wyjazd na Sycylię. – To były późne lata 70. Środek lata, kolory, słońce. Piorunujące wrażenie dla ludzi, którzy przyjechali z szarej Polski. Śpiewaliśmy na wielkiej sali, nocowaliśmy w domu parafialnym. W miejscowości Mamojada poczęstowano nas lokalnym przysmakiem: baranim żołądkiem faszerowanym kaszą i krwią. Akurat półmisek z tym daniem postawiono przede mną. Nikt tego nie tknął. Jedliśmy tylko pomidory i popijaliśmy wódeczką. Wszyscy posnęli. Ledwo wstaliśmy na drugi dzień. Podczas występu na widowni nie było żadnych kobiet. Przyszli sami miejscowi kawalerowie. Po prostu chcieli popatrzeć na dziewczyny. Tak mnie to rozbawiło, że zamiast śpiewać śmiałam się i musiałam zejść ze sceny.


Jak zostać Słowianką?

Trzy czwarte sukcesu to pasja. Trochę talentu i siły woli, by przetrwać kryzysy, które czasem się zdarzają. Nie można stracić entuzjazmu. Podczas przesłuchania sprawdzane są ogólne zdolności muzyczne. Można zaśpiewać piosenkę ludową, ale niekoniecznie. Proste kroki taneczne, klaskanie, rytmika. Bywa, że kandydaci już odebrali wykształcenie muzyczne w swoich rodzinnych miejscowościach. Jednak większość nigdy nie śpiewała pieśni bałkańskich. Wtedy sprawdza się, kto szybciej złapie. Przychodzą osoby, które nigdy wcześniej nie tańczyły. Zdarza się, że są potem w czołówce najlepszych.

W tańcu może zdarzyć się wszystko. Odpadają warkocze i halki. Jeśli tancerka jest drobna, to przy przerzucaniu przez głowę lecą korale. Spadają kierpce. Nie szkodzi. Trzeba tańczyć dalej.

Jedyne, co może przeważyć przy przesłuchaniach, to wzrost. Dziewczęta muszą mieć przynajmniej 162 cm, ale nie więcej niż 175 cm. Chłopcy: 172–187 cm. Dlaczego? W repertuarze są polskie tańce narodowe – krakowiak, kujawiak, mazur, oberek i polonez. Koło musi się ładnie zamykać, dlatego kwestia wzrostu artystów ma znaczenie. – Każda z nas ma swoje mocne strony. Czasem zdarza się ukłucie zazdrości. Na szczęście w formie zdrowej konkurencji i marzeń, by dorównać koleżance. Gdy któraś miała solówkę, to wiedziałyśmy, że zasłużyła – dodaje Julia Tabor, artystka Słowianek. W zespole dziewczyny rotują, ale chłopcy zostają. Są sumienni, zaangażowani. Zespołem kieruje dziś Marta Wolff-Zdzieniecka (występowała w Małych Słowiankach i 11 lat w Słowiankach).

Jeśli dziecko jest muzykalne, może zacząć swą przygodę z folklorem od Małych Słowianek. Zuzia Rak została Małą Słowianką, gdy skończyła siedem lat. Dziś ma 19 i przygotowuje się do przesłuchań w Słowiankach. Wiąże się z tym sporo nerwów. Zuzia wciąż odkrywa swój głos, dużo ćwiczy. Ma za sobą pierwsze solówki. – Siła woli i systematyczność są bardzo ważne w karierze śpiewaczki – opowiada Bisztyga. – Scena ma wymagania. Żartujemy, że co się nie dośpiewa, to się doogląda. Występ to przeżycie dla wszystkich zmysłów. Scena uzależnia jak narkotyk.

Urok słowiańskiego folkloru

Zespół jest szkołą życia. Absolwenci zostają potem instrumentalistami, aktorami, robią kariery solowe. Zdarzają się też historie miłosne.

Długie warkocze sporo ważą i trzeba je doczepiać. Stroje też są ciężkie. Macedoński waży 12 kilogramów. Piękny, z grubej wełny. Tancerki mają nie lada wyzwanie. A przecież trzeba jeszcze czysto zaśpiewać. Południowosłowiańskie pieśni są trudne, mają inne metrum i rytm. Każda próba coś wnosi. Trzeba być perfekcyjnie przygotowanym na każdy występ. Choćby nie wiadomo, ile człowiek śpiewał i powtarzał figury taneczne, to i tak się stresuje. Słowianki słyną z profesjonalizmu. Baletowe ćwiczenia przy drążku są przez cały rok powtarzane setki razy. Ustawienia głosu artystki i artyści uczą się całe życie.

W tańcu może zdarzyć się wszystko. Odpadają warkocze i halki. Jeśli tancerka jest drobna, to przy przerzucaniu przez głowę lecą korale. Spadają kierpce. Nie szkodzi. Trzeba tańczyć dalej. Stroje są tak piękne, że aż bolą oczy. Macedońskie, serbskie i bośniackie. Artystki do dziś występują w jedenastu haftowanych sarafanach, które kiedyś zespół otrzymał w prezencie z Rosji. Są też ludowe stroje Macedonii, Białorusi czy Bułgarii.

Dla wielu zespół jest szkołą życia. Absolwenci zostają potem instrumentalistami, aktorami, robią kariery solowe. Ponad 80 osób ma uprawnienia instruktorskie z zakresu tańców narodowych i ludowych. Dla prawdziwych pasjonatów muzyka słowiańska jest całym życiem. Zdarzają się też piękne historie miłosne. Zespół odnotował aż 60 artystycznych małżeństw! Bo w trzech pokoleniach Słowianek zakochać się nietrudno. 

 

Iga Dzieciuchowicz – teatrolożka i feministka. Współpracowała z „Didaskaliami”, „Notatnikiem Teatralnym”, „Gazetą Wyborczą” i portalem publicystyczno-społecznym Polska Ma Sens. Współautorka książki Bartoszewski. Droga. Na co dzień marketingowiec i dziennikarka „Codziennika Feministycznego ”.

 

Zdjęcia: Danuta Samitowska i Wacław Serwin

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, październik 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

Hanka Wójciak: Bo ja w drugim człowieku się przeglądam.

Są artyści, z którymi człowiek natychmiast by się zaprzyjaźnił i zwierzył ze wszystkiego. Taka jest Hanka Wójciak – krakowska wokalistka, autorka tekstów piosenek i kompozytorka. Laureatka pierwszej nagrody na 46. Studenckim Festiwalu Piosenki w 2010 roku. Założycielka kapeli Hanki Wójciak i zespołu SHA. A także dziennikarka związana z Radiem Kraków. 

(Na początek przychodzi SMS: „Mów mi Hanka!”)

Iga Dzieciuchowicz: Hanka, Ty wciąż mówisz o innych ludziach!

Hanka Wójciak: Spotykam ludzi niezwykłych i mam to szczęście, że chcą ze mną być. W tworzeniu i w życiu potrzebuję zachwytu drugim człowiekiem – to mnie napędza i niesie całymi miesiącami, latami. Niektóre spotkania bardzo mnie odmieniły. Dzięki nim mogę dalej stawiać kroki po swojemu.

Iga Dzieciuchowicz: Na przykład?

Jakieś dwa lata temu biegłam na koncert mojego przyjaciela, oczywiście już byłam spóźniona. Patrzę, przed Teatrem Nowym stoi Adam Michnik. I nagle słyszę samą siebie, jak tak z głupia frant wypalam: – Panie Adamie, po raz pierwszy widzę Pana na żywo! Gdy się zorientowałam, co powiedziałam, wpadłam w popłoch. Od razu wyszło na jaw, że na żadnym spotkaniu z nim nie byłam. Pan Michnik na to: – I co? Zyskuję czy tracę? Dałam mu swoją płytę, on zaprosił mnie na lunch. Tak się zaczęła nasza serdeczna znajomość. Spotkanie z tym diabłem w ludzkiej skórze dla jednych, a bohaterem dla drugich sprawiło, że zaczęłam interesować się historią, polityką. Zapragnęłam bardziej rozumieć rzeczywistość, która nie jest czarno-biała. Zaczęłam czytać na potęgę, jeździć na spotkania autorskie, obudziłam się do bardziej świadomego życia.

Gdy słuchałam twojej drugiej płyty Zasłona, pomyślałam, że musisz być świetną kumpelą. I zrobiło mi się smutno, gdy w jednej ze zwrotek śpiewasz o tym, że nic nie brałaś od trzech lat. Nie jesteś w swoich tekstach grzeczną dziewczynką.

W moich piosenkach własne przeżycia miksują się z historiami innych ludzi. Śpiewam zazwyczaj w pierwszej osobie, ale ile jest tam doświadczeń Hanki, niech pozostanie tajemnicą. Na pewno w mojej twórczości dochodzi do głosu refleksyjna, melancholijna część mnie. Także ta, która pozwala sobie na smutek czy złość. Długo byłam tą, która jest zawsze wesoła, uśmiechnięta. Tak często słyszę – ile ty masz energii! Mam, ale ta nadmiarowość objawia się także po drugiej stronie...



Hanka, nawet na stypie wymyśliłaś wesołą piosenkę…

Miałam osiem lat, gdy zmarła moja babcia. Stypa była straszliwie smutna, szepnęłam więc do mojej kuzynki: „Cheboj, Tereska, idziemy na górę, wymyślimy piosenkę”. To była chyba forma odreagowania, wtedy po raz pierwszy przyszło do mnie pisanie. Pamiętam własne zażenowanie, bo chciałam, żeby to był smutny utwór, a wyszło, jak wyszło:

– Hej Hanuś, moja Hanuś, co ześ mi ty zrobiła, zabiłaś mego męża na wojnie pod Kościela!

– Ka łon tys bedzie lezoł?

– Hej, w śpytolu w Krakowie.

– Hej, kiedy będzie pogrzeb?

– Hej, w środę, ło godzinie...

– O której tyz godzinie?

– Hej, o trzeciej nad raniem!

– Hej, jak się ubieremy?

– Hej, w góralskie ubranie.

– Hej, jak się ucesemy?

– Hej, w koki az do nieba!

– Cześć, Tereś, jo jus końce.

– Hej, Hanuś, do widzenia!

Jedna drugiej zabiła męża, ale obie się zastanawiają, w co ubrać się na pogrzeb – czy to nie piękny przykład kobiecej przyjaźni?

(Hanka długo się śmieje)

Dbanie o gwarę i wspólne muzykowanie były dla mnie codziennością. Śpiewałam w zespole Giewont, jednak nigdy nie odważyłam się zatańczyć solo. W przedszkolu i szkole zauważono, że ładnie idzie mi mówienie wierszyków. Grałam między innymi Polskę. Później sama zaczęłam układać scenariusze i dialogi szkolnych przedstawień. Śpiewałam też w przyszkolnym zespole Akord założonym przez nauczycielkę śpiewu Danielę Wiśniewską. Gdy miałam 17 lat napisałam swoją pierwszą poważną piosenkę. Był to erotyk oparty na skali orientalnej Janicku mój. Skąd taka skala – pojęcia nie mam. Janicka zawarłam na pierwszej płycie, śpiewam go do dziś, bo uważam, że to całkiem niezły kawałek. Chociaż pierwsze jego wykonanie było traumatyczne...

Co się stało?

Mnie się zawsze coś przydarza! Jestem wielką niezdarą. Wymyśliłam wtedy, że wbiegnę na scenę z takim indiańskim okrzykiem. Lecę, lecę w tych kierpcach i jak mnie nie praśnie na samym środku! Koszmar! Scena była jednak wysoka, znajomi widzieli mnie tylko od pasa w górę. Myśleli, że zrobiłam szpagat! (śmiech) Po koncercie podeszła do mnie elegancka para, państwo Hirsz, rozmiłowani w kulturze podhalańskiej. Powiedzieli, że muszę koniecznie wziąć udział w konkursie „Pamiętajmy o Osieckiej”. Tak zrobiłam. Zaśpiewałam Osiecką po góralsku i zajęłam trzecie miejsce.

A potem poznałaś Indianina…

Chwilę po przeprowadzeniu się do Krakowa spełniłam moje wielkie marzenie. Zaczęłam grać na ulicy. W ciągu dwóch godzin wpadało czasem nawet czterysta złotych! Nie mogłabym tak grać w Zakopanem, wszyscy mnie tam znają! Pewnego dnia zatrzymał się piękny jak posąg Indianin, zachwycił mnie tak, że natychmiast porzuciłam swojego ówczesnego chłopca. Indianin był z innego świata. Oczywiście nic z tego nie wyszło, bo okazał się zajęty, ale nasza przyjaźń trwa do dziś. Pochodzę z konserwatywnej katolickiej rodziny. A Aldo? Ojciec z Boliwii, matka z Tetmajerów. Od początku namawiał mnie do uczenia się śpiewu eksperymentalnego, opowiadał o innych religiach, a ja go słuchałam – kogo mi polecił, tam szłam i nigdy się nie rozczarowałam. Tak poznałam Sainkho Namtchylak, Gendosa, Olgę Szwajgier, Jacka Ostaszewskiego. Za radą Aldo, obok pedagogiki, zaczęłam także studiować religioznawstwo. W tym czasie uczyłam się już w Szkole Muzycznej przy Basztowej, gdzie poznałam Andrzeja Zaryckiego. Cudny człowiek, wielki kompozytor, najdroższy nauczyciel...

Wygrałaś też Studencki Festiwal Piosenki, w którym zwycięzców wybierali między innymi Ewa Kornecka, Zygmunt Konieczny, Marcin Kydryński...

Byłam wtedy chora, niedyspozycja sprawiła, że bezwiednie weszłam w tak zwany rejestr gwizdkowy, który poznałam na jednych z warsztatów. Nigdy później już tak nie zaśpiewałam tej piosenki. Wystąpiłam między innymi z Mateuszem Nowickim, poznanym na religioznawstwie, i Andrzejem Zagajewskim, jego kolegą. Dziś chłopaki święcą tryumfy w zespole Hańba! Za pieniądze z wygranej zrobiłam imprezę, gdzie obok nas zaśpiewali inni laureaci. Przyszło mnóstwo ludzi, było pyszne jedzenie, świetnie się bawiliśmy. Nasze siermiężne wtedy jeszcze granie podobało się! Pomyślałam: nie możemy tego zmarnować.

I nagrałaś debiutancką płytę Znachorka.

Koncert promujący odbył się w Radiu Kraków, które wydało nam album. Dziedziniec pękał w szwach, a podpisywanie płyt trwało dwie godziny! To był dla mnie wzruszający dzień. Pamiętam, że popłakałam się, śpiewając Matulę. Natychmiast poczułam otulające mnie ciepło płynące od moich słuchaczy. Nie jestem do podziwiania, nie lubię tej dysproporcji wyznaczanej przez scenę, mikrofony i światła – jestem wyżej, jestem głośniejsza, jestem bardziej widoczna. To mnie peszy. A przecież śpiewam o radościach i smutkach, które każdy z nas przeżywa. Dlatego zawsze na koncertach proszę, by oświetlić publiczność – chcę się z nią przywitać, nie lubię stać na podniesieniu, zachęcam do wspólnego śpiewania, często wychodzę do ludzi, śpiewam bez mikrofonu. Potrzebuję widzieć, czuć słuchaczy. Rosłam w środowisku, w którym ważna jest wspólnota, a muzyka wiąże ludzi. Nasze koncerty nazywam spotkaniami, to wzajemne dzielenie się i obdarowywanie. Wzajemność jest tu kluczowa! Jeśli się pojawi, dzieją się cuda.

Wspólnota to też teatr. Zagrałaś Jagusię z Weselaw słuchowisku Andrzeja Seweryna.

Kiedyś na rozmowę do Radia Kraków zaprosił mnie Jan Stępień. Na korytarzu wisiało ogłoszenie o przesłuchaniach do tej roli. Ostatni dzień zgłoszeń! A gwara krakowska taka podobna do góralskiej. Przyszło około stu kandydatek, wszystkie ze szkół teatralnych. Andrzej Seweryn nawet na nas nie patrzył. Tylko słuchał. Wydawało mi się, że nie jest mną zbytnio zachwycony. Ale wygrałam ten casting! Praca nad spektaklem to była magia. Pamiętam, jak Andrzej Seweryn rozczulił się przy frazie: „Zaspać to bolenie”. Potem wzięłam te słowa do jednej z piosenek.

Zaspałaś to bolenie?

Och, teraz ja się rozczuliłam. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę potrafiła zaspać bolenie. Pisanie często rodzi się z bólu. Jednak przyjmuję bolenie jako istotną część życia. Część, która może być transformująca, uzdrawiająca. Mój przyjaciel mówi: zagwarantowane nam jest tylko cierpienie i przemijanie. To uderzające, ale prawdziwe! Bo już na przykład wzajemna miłość jest darem. Nie mamy pewności, że trafi nam się wygrana w kosmicznej ruletce...

Życzę Ci, by Ci się trafiła. Powiedz, że będzie trzecia płyta.

Będzie. Premierę najpewniej połączymy z jubileuszem 10-lecia wygranej na Studenckim Festiwalu Piosenki. Jestem wdzięczna, że od tylu lat mogę dzielić radości i smutki z moimi słuchaczami.

 

 

Iga Dzieciuchowicz – teatrolożka i feministka. Współpracowała z „Didaskaliami”, „Notatnikiem Teatralnym”, „Gazetą Wyborczą” i portalem publicystyczno-społecznym Polska Ma Sens. Współautorka książki Bartoszewski. Droga. Na co dzień marketingowiec i dziennikarka „Codziennika Feministycznego ”.

 

 

 Zdjęcie: Piotr Uss Wąsowicz

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, lipiec 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl



Bez względu na to, jak surowe wymagania stawiamy muzyce, by uznać ją za „niezależną” czy „alternatywną”, warto nadstawić ucha! Krakowska scena (a przynajmniej ta jej część, za którą nie stoją wielkie wytwórnie) ma do zaoferowania wiele wrażeń.

 

Wykonawcy

O tym, że nawet w znanej z konserwatyzmu branży muzycznej wszelkie ograniczenia da się pokonać, a pochodzący z Krakowa zespół może spotkać się z zainteresowaniem międzynarodowych nawet mediów, przekonaliśmy się w 2015 roku przy okazji Off Festival. To w jego ramach w katowickim Nikiszowcu koncert dał na pozór niezbyt przystępny dla odbiorcy spoza polskiego kręgu kulturowego zespół Hańba! Występ ten jednak zarejestrowała opiniotwórcza rozgłośnia KEXP z Seattle, dzięki czemu łącząca estetykę przedwojennej ulicy z energią punk rocka grupa trafiła do świadomości słuchaczy z całego świata. Trzy lata po tym wydarzeniu grupa otrzymała Paszport „Polityki” i rozgrzewała publiczność zgromadzoną w Tauron Arenie przed koncertem samego Jacka White’a. Dowodzona przez Andrzeja Zamenhofa (gracz na banjo i wokalista, występujący również jako DJ) Hańba! to jednak w światku muzyki niezależnej ewenement i przykład sukcesu wręcz niewyobrażalnego. Trudno przecież jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego hałaśliwy miejski folklor, którego warstwę tekstową stanowią wiersze przedwojennych poetów, z chęcią prezentuje w swoich audycjach legendarny Iggy Pop.

Choć międzynarodowego sukcesu Hańby! nie zdołały do tej pory powtórzyć Rycerzyki, nie może być w ich przypadku mowy o niedocenieniu. Wydana w 2018 (po trzech latach od debiutu) płyta Kalarnali znalazła się bowiem w większości ważnych podsumowań roku wydawniczego. Muzykę zespołu określić można jako ambitny pop, a jej urok w dużej mierze opiera się na charakterystycznych, budujących baśniową atmosferę tekstach Gosi Zielińskiej (warto również zwrócić uwagę na inny jej projekt – Noc Muzeów). To twórczość bardzo uniwersalna i dość łatwa w odbiorze, ale muzycy Rycerzyków nie stronią od rytmicznych i harmonicznych eksperymentów. Tak zapewne brzmiałby radiowy pop, gdyby dyrektorami muzycznymi rozgłośni byli krytycy. Ciekawostką jest, że Kalarnali to jeden z niewielu projektów fonograficznych rodem z Krakowa, który sfinansowany został poprzez crowdfunding. Pozostawiając na uboczu kontrowersje dotyczące organizowania zbiórek przeznaczonych na taki cel, trzeba przyznać, że uzyskane środki zostały wydane roztropnie. Tym jednak, czego nie kupią żadne pieniądze świata, jest szczery optymizm, który bije z każdego utworu Rycerzyków. 

Ciekawych płyt i przedsięwzięć muzycznych rodem spod Wawelu w najbliższych latach z pewnością nie zabraknie. Stanie się tak nie dlatego nawet, że mieszkańcy miasta są nad wyraz twórczy, lecz głównie wskutek powszechnego zjawiska obniżania się kosztów produkcji nagrań muzycznych.

W innych zakątkach emocjonalności poruszają się Kacper Szpyrka i Jakub Wiśniewski, którzy od jakiegoś czasu występują pod nazwą Kirszenbaum. Wykorzystując narzędzia charakterystyczne dla folku i post-rocka (co za mieszanka!) tworzą swoją muzyką aurę nieco niepokojącą, choć niepozbawioną lekkości i poczucia humoru. Wiśniewski to poeta z krwi i kości, nie powinny więc dziwić liczne literackie nawiązania i wyczucie słowa, z jakim pisane są piosenki. Po wydaniu serii singli, w 2018 roku Kirszenbaum uraczył słuchaczy epką Golem XV. Na długogrający album słuchaczom pozostaje poczekać. Do tego czasu warto skorzystać z tego, że duet prowadzi intensywną działalność koncertową.

Nie zawiedzie się ten, kto szuka w Krakowie wykonawców wysmakowanego popu, czy to z elektronicznym czy bardziej folkowym zacięciem. Przedstawicielkami tego pierwszego wariantu niech będą dziewczyny z osiągającego coraz większe sukcesy Loru, drugi podgatunek reprezentować może SALK. Także fani brzmień zdecydowanie mniej radiowych i wysoce hałaśliwych znajdą w mieście coś dla siebie: grupa Katie Caulfield na płycie Mutual Dreaming atakuje momentami jazgotliwym awangardowym rockiem, a przecież zawsze można wrócić do bezpretensjonalnych nagrań należącego do Stajni Sobieski zespołu Bezczeszczę Bęben (najlepiej na kasecie magnetofonowej).  

 

Wytwórnie

Stajnia Sobieski, która sama siebie nazywa nie wytwórnią, a „kolektywem muzycznym”, wraz z innymi niezależnymi wydawcami pojawiła się na zorganizowanych w grudniu w Klubie RE Targach Małych Wydawców – nieregularnej imprezie, która najczęściej gości w stołecznym Pogłosie. Mogłoby się wydawać, że w ubiegłym roku harmonia działań Stajni została zachwiana przez to, że większą część jej aktywności promocyjnej i koncertowej przejęły Rycerzyki. Nic dziwnego – repertuar grupy wydaje się być najbardziej przystępny dla tak zwanego masowego odbiorcy. Może dlatego niepostrzeżenie pod nosami krytyków i dziennikarzy muzycznych przeszedł formalny debiut Melty, czyli zespołu będącego reinkarnacją doskonale znanego fanom garażowego rocka Kaseciarza. Trio Maciek Nowacki, Szymon Keler i Aleksander Margasiński (realizujący tę płytę – jak i wiele innych „stajniowych” wydawnictw – od strony technicznej) gra obecnie w stylu, który można określić jako połączenie power-popu i shoegaze’u. Gitarowe ściany dźwięku spotykają się tu z trafionymi wokalnymi melodiami. Dzięki temu, że oba te elementy świetnie ze sobą współgrają, możemy cieszyć się materiałem wartym wielokrotnego odtwarzania.

Wytwórnią, która w znacznym stopniu stanowi o sile nie tylko krakowskiej, ale też polskiej muzyki alternatywnej, improwizowanej i awangardowej, jest Instant Classic. Założony w 2011 roku przez Macieja Stankiewicza i Arkadiusza Młyńca label ambicję zawartą w nazwie realizuje poprzez coroczne dostarczanie na rynek co najmniej jednej płyty, która spotyka się z podziwem wielu recenzentów – także zagranicznych. W roku ubiegłym takim albumem był One Eye Sees Red psychodelicznych improwizatorów z Lonker See. W latach ubiegłych zaś: Elite Feline Lotto, Lines Wacława Zimpela czy longplaye Alameda Organisation i Starej Rzeki. W katalogu Instant Classic znajdziemy jednak również nagrania, które określimy raczej jako alternatywno-rockowe czy garażowe, jak Not Much War warszawskiego Guiding Lights, Let’s Die nieistniejącego już The Stubs lub albumy Wild Books. Niezależnie od tego, do jakiego gatunku przynależy wydawana przez Stankiewicza i Młyńca muzyka, ogromne wrażenie robi jej opakowanie. Okładki płyt i znajdujące się wewnątrz książeczki są zazwyczaj małymi dziełami sztuki. Szacunek budzi również każdy aspekt promocji. Instant Classic wypracowało idealny dla muzyków model biznesowy, w którym decyzje zależą nie od przewidywanych zysków, a jakości twórczości i woli wykonawców. 

Pisząc o niezależnych wytwórniach, trudno nie wspomnieć o tym, jak różną od wydawnictw nastawionych czysto komercyjnie. Te pierwsze stanowią raczej markę, mają budzić wśród słuchaczy pozytywne skojarzenie lub dawać wyobrażenie o gatunku, z jakim zetkniemy się w trakcie odsłuchu. To rola przez wielu postrzegana dziś jako marginalna, a nawet zbędna. Dlatego obecnie, gdy internet daje każdemu możliwość zostania swoim własnym wydawcą, wielu muzyków rezygnuje z przywiązywania się do organizacji. Jeśli dodamy, że każdy, najbardziej nawet szanujący autonomię twórcy, label ma wobec promowanych przez siebie artystów wymagania, dla wielu wybór stanie się oczywisty. By dowiedzieć się, jak wiele tworzonej w Krakowie elektroniki czy black metalu pojawia się jedynie pod szyldem zespołu lub tworzonej doraźnie marki wydawniczej, wystarczy przejrzeć listę nagrań pod tagiem „Kraków” w popularnym serwisie streamingowym i dystrybucyjnym Bandcamp.

 

Miejsca

Podczas organizowanej przez Krakowską Scenę Muzyczną konferencji Tak Brzmi Miasto, jedną z dyskusji poświęcono lokalnym scenom koncertowym. Pełne zadowolenie z obecnej sytuacji wykazywał jedynie Jan Majski, przedstawiciel dużego pod względem powierzchni, a więc prezentującego raczej muzykę masową i popularną klubu Forty Kleparz. I choć wszyscy goście zgodzili się, że w Krakowie jest gdzie grać, to z wypowiedzi panelistów przebijała potrzeba większego wyboru i zróżnicowania miejsc, gdzie można byłoby organizować występy. Nie wystarczy bowiem, by miały gdzie grać gwiazdy największego formatu – ważne jest, aby swoje miejsce znaleźli również artyści niszowi oraz chcący zbierać pierwsze doświadczenia nowicjusze.

Jak sytuacja ma się dzisiaj? Od zawsze ciekawe koncerty organizowane są w Alchemii. Na dodatek odbywają się na tyle często, że klub w ciągu tylko miesiąca może zaprosić zarówno fanów rapu, publiczność lubiącą różne odmiany bluesa (Fertile Hump i Cheap Tobacco w październiku zeszłego roku), jak i zwolenników jazzu czy muzyki klezmerskiej. Co prawda Alchemia co roku gości jeden z koncertów w ramach promującego krakowskich wykonawców festiwalu Tak Brzmi Miasto (w roku 2018 wystąpili tam Edyta Górecka, Hyper Son i Rycerzyki), jednak wciąż jest to miejsce służące raczej poznawaniu interesującej muzyki z zagranicy niż scena dostępna dla lokalnych twórców. 

Obie role bardzo zręcznie łączy za to Klub RE. Najlepszym dowodem były zeszłoroczne, wspólne koncerty niemieckiego White Wine Music z Nealem Cassady, zespołu ŁOTRY z irlandzkim Girls Names czy amerykańskiego Omni ze wspominanym Katie Caulfield (ten ostatni odbył się w ramach festiwalu Green ZOO, który również świetnie realizuje filozofię zestawiania muzyków krakowskiej alternatywy z rewelacjami z zagranicy). Od niedawna w RE odbywają się również imprezy z cyklu Laboratorium Stereo, które są połączeniem koncertów wciąż niszowych artystów (w styczniu Ogdens’ i Radosław Kurzeja) z zabawą polegającą na wykonywaniu coverów przez tworzone ad hoc zespoły składające się z osób związanych ze sceną niezależną Krakowa. Dobór interpretowanych piosenek może zaskakiwać, ale w tym wypadku chodzi bardziej o rozrywkę niż realizację artystyczną.

Innym ważnym punktem dla krakowskiej muzyki niezależnej jest Warsztat na Zabłociu. To centrum muzyki punkowej, ale odbywają się tam również koncerty zespołów z kręgu indie rocka i rocka alternatywnego, a także imprezy z muzyką elektroniczną. Kryterium doboru muzyków nie jest prezentowana stylistyka, a raczej zgodność z promowanymi przez ekipę Warsztatu wartościami. Zarządzane opierając się na spółdzielczych zasadach „niezależne centrum kulturalno-społeczne” to oaza tolerancji i miejsce spotkań społecznych aktywistów. W zagospodarowanym przez Fundację Bruk pustostanie odbywają się dyskusje i pokazy filmów. Często ich tematem są historyczne przykłady różnych form samoorganizacji. Granie muzyki i przygotowywanie koncertów jest w Warsztacie traktowane jako jedna z nich. Lokal przez kilka lat zdążył już pozyskać sporą grupę stałych bywalców, którym bliskie jest takie podejście do kultury i jej tworzenia. 

*

Powyższy przegląd niezależnej sceny muzycznej Krakowa jest oczywiście niepełny i stanowi jedynie zaproszenie do samodzielnego jej odkrywania. Ciekawych płyt i przedsięwzięć muzycznych rodem spod Wawelu w najbliższych latach z pewnością nie zabraknie. Stanie się tak nie dlatego nawet, że mieszkańcy miasta są nad wyraz twórczy, lecz głównie wskutek powszechnego zjawiska obniżania się kosztów produkcji nagrań muzycznych. Mniej optymistycznie wygląda zaś kwestia organizacji koncertów – te niezmiennie wymagają dość dużego wysiłku organizacyjnego, posiadania sprzętu nagłośnieniowego, transportu instrumentów i pracy akustyka. Nic dziwnego, że właścicielom barów zapewnianie klientom atrakcji w postaci muzyki „na żywo” jawi się zazwyczaj jako zupełnie nieopłacalne. Wciąż istnieć więc będzie deficyt scen, na których mogliby pojawiać się absolutni debiutanci.

Może i Kraków nie stanie się nigdy źródłem muzycznej rewolucji jak Seattle, ale przy odrobinie szczęścia może stać się polskim Austin, gdzie liczba scen muzycznych jest największa w USA, a alternatywne i bardziej klasyczne style z powodzeniem ze sobą współegzystują.

Czy to znaczy, że dla rozwoju muzycznego off-u niezbędna jest interwencja magistratu lub zorganizowany system dotacji? Na pewno nie. Oczywiście, tak promotorzy, jak i zespoły z chęcią skorzystają z możliwości dodatkowego finansowania. Nikomu nie pozwoli ono jednak na ciągłe funkcjonowanie. Żaden z muzyków sceny niezależnej nie ma pretensji o to, że jego utwory nie są grane w dużych stacjach radiowych lub prezentowane w telewizji. Powszechna jest świadomość operowania w niszy i nikt się za ten status nie obraża. Najwłaściwszą dla rozwoju mniej popularnych nurtów muzycznych strategią – zarówno w Krakowie, jak i w innych polskich miastach – może być natomiast promowanie u słuchaczy zachowań podobnych do tych, które od lat funkcjonują w światku hip-hopu (który z niszy wyszedł przecież już dawno). Chodzi przede wszystkim o traktowanie zakupu płyty i biletu na koncert jako priorytetowej formy wyrażania sympatii do artysty. Tylko zaangażowanie publiczności może wpłynąć na większe zainteresowanie ze strony organizatorów i tradycyjnych mediów.
*

Być może Kraków nie stanie się nigdy źródłem muzycznej rewolucji jak Seattle, ale przy odrobinie szczęścia może stać się polskim Austin, gdzie liczba scen muzycznych jest największa w USA, a alternatywne i bardziej klasyczne style z powodzeniem ze sobą współegzystują.

 

Zdjęcia: Grzegorz Kozakiewicz

 

Krzysztof Winiarski - wokalista i gitarzysta należącego do kolektywu Wynik Współpracy zespołu It’s July Already. Esteta i entuzjasta kiczu w jednej osobie.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, kwiecień 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl



 

 

STYCZNIOWY NUMER JUŻ W SPRZEDAŻY!


Okiem Beresia:
Szef i Jego książki

 

Z najwyższej półki: Miasto książki
- Krzysztof Burnetko

Pasy pany: Felieton na ostatnią stronę
- Jerzy Pilch

Na czerwonym świetle