Złamałam palec. Niby mały, ale jednak u ręki. I to prawej. Żadne aktywności tej jesieni nie dla mnie, okazuje się, że mały palec potrzebny jest do wszystkiego. W grę wchodzi więc sztuka, która nie wymaga przeciskania się w kolejkach.

Jakiś żartowniś mógłby zapytać jednak, czy istnieje w ogóle jakaś inna? Sztuka widza szturmującego wejście, aby móc zobaczyć i posłuchać? Istnieje. Jest nią wciąż, na przykład, kino. Pamiętam sprzed roku niekończące się kolejki przed seansami Kleru Wojtka Smarzowskiego, takie zawijające się za rogiem. Wspaniały widok. Filmom tegorocznym i mającym premiery jesienią również tego życzę. Zwłaszcza że poza fascynującymi historiami wiele z nich łączy jeszcze Kraków.

Miasto wyrosło na poważnego partnera polskich filmowców. Dostojnego, elastycznego (może, jak trzeba, udawać inne miasta i wcale się tego nie wstydzi), mającego wiele do zaproponowania i szalenie adaptowalnego. Chyba warto przypomnieć, że jednym z pierwszych, który w ostatnich latach ten Kraków odkrył dla wielkiego kina (ba, największego), był Steven Spielberg. Wiosną minęło 25 lat od premiery Listy Schindlera, kręconej tutaj i z udziałem wielu krakowskich aktorów oraz artystów.

Kraków wyrósł na poważnego partnera polskich filmowców. Dostojnego, elastycznego (może, jak trzeba, udawać inne miasta i wcale się tego nie wstydzi), mającego wiele do zaproponowania i szalenie adaptowalnego.

Spielberg trafił na krakowski Kazimierz i Podgórze w czasie, kiedy przygotowanie ich do zdjęć nie wymagało wielkiego wysiłku. Dzielnice nie były odnawiane, wszędzie naturalna patyna i atmosfera, którą dziś próbuje się podtrzymać. Kraków był też wiele razy miejscem cudów. Na przykład wtedy, gdy Spielberg, dla którego nie było rzeczy niemożliwych, dopisał sceny w aptece „Pod Orłem” w getcie krakowskim i postawił przed Alanem Starskim i Ewą Braun bardzo trudne zadanie znalezienia odpowiedniego miejsca i wyposażenia go. Laureatka Oscara Ewa Braun przeszukała wszystkie apteki w mieście i okolicach, szukając zespołu mebli aptecznych, rzadkiego, ale niezbędnego do tych zdjęć. I poddała się. Cud wydarzył się na korytarzu jakiegoś urzędu, gdzie przyszła w sprawie dokumentów, i meble, których szukała, zobaczyła stojące tam spokojnie, bo złożone jako depozyt sądowy.  

Ćwierć wieku i wiele, wiele produkcji później Kraków jedzie na Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni jako poważny aktor. Gra drugie i pierwsze plany, czasem epizody. Filmowcy wracają do niego po bankietach, bo trwają kolejne zdjęcia. W dwóch ważnych i kompletnie różnych od siebie filmach pojawiają się Oleandry – w Piłsudskim i Legionach, choć odtworzone, ale jednak krakowskie.

Jednym z pierwszych, który odkrył Kraków dla wielkiego kina (ba, największego), był Steven Spielberg. Wiosną minęło 25 lat od premiery Listy Schindlera, kręconej tutaj i z udziałem wielu krakowskich aktorów oraz artystów.

I wreszcie – Złote i Srebrne Lwy także się Krakowowi (z okolicami) należą. Bo także tu kręcono Obywatela Jonesa Agnieszki Holland, poruszającą opowieść o walijskim dziennikarzu, który jako jeden z pierwszych informował o wielkim głodzie na Ukrainie i któremu nikt nie wierzył. Ekipa pracowała przy Wielopolu, w sali sesyjnej Urzędu Miasta Krakowa, na ulicy Zyblikiewicza, a także w niedalekim i imponującym Pałacu Goetzów w Brzesku. Obywatel Jones, pierwszy raz pokazany na festiwalu w Berlinie, gdyńskie jury uznało najlepszym filmem roku.

A srebro dało Ikarowi. Legendzie Mietka Kosza. Znany z portretowania niezwykłych bohaterów Maciej Pieprzyca opowiedział nam historię wybitnego, pianisty jazzowego, który w dzieciństwie stracił wzrok i zmarł w wieku 29 lat, zostawiając muzykę i sporo tajemnic. Można śmiało szukać w tej pięknie sfilmowanej opowieści (nagroda za zdjęcia w Gdyni!) podkrakowskich okolic. Między innymi wsi Leszczyna czy Sadek z gminie Jodłownik. No i szpitala w Witkowicach!

Miłe są potem podwójne premiery, w Warszawie i Krakowie, coraz większe zainteresowanie i sprawność, z jaką się w Krakowie kręci. Szczególnie że nawet kostiumowe sceny realizowane na dzisiejszych na ulicach nikogo tu nie dziwią. Kapelusze, długie suknie, dorożki? Sama kiedyś widziałam na Reformackiej filmowców, którzy nie zwracali niemal niczyjej uwagi, jakby kreowanie magicznego świata było tutaj na porządku dziennym. Cóż, może rzeczywiście jest.

W chwili, gdy ukazuje się ten numer „Krakowa”, oba obsypane Lwami filmy są na ekranach. Oba widziałam i na oba chętnie pójdę jeszcze raz. Jak trzeba, to będę się przeciskać. Miłych seansów!

 

Magdalena Miśka-Jackowska - kierowca z programem artystycznym. Od 2005 roku w zespole radia RMF Classic, autorka wielu programów poświęconych sztuce filmowej. Jako konferansjerka związana z licznymi wydarzeniami kulturalnymi w całym kraju. Fanka muzyki filmowej i Krakowa, od pewnego czasu w Warszawie.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, listopad 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

Jest ciepła jesień, piszę z warszawskiej Sadyby. W pobliżu mamy tu kilka ważnych miejsc pamięci. Świętowania rocznic tragicznych wydarzeń nie lubię, ale cieszę się z tego, co dziś odwołania do 1939 roku przyniosły w literaturze i kinie. Najzwyczajniej w świecie. Z ciekawości.

No i oczywiście dlatego, że za tymi książkami i filmami stoją równie ciekawi ludzie. I równie ciekawscy. Wnikliwi na tyle, że mimo swoich trzydziestu, czterdziestu lat chce im się jeszcze zaglądać w przeszłość. Młodszym z nich coraz rzadziej się już chce, bo nie widzą, aby mogli dostać coś w zamian. Moja ciekawość zrodziła się też z pewnych zaległości i chęci nadrabiania lekcji, które opuściłam w szkole. Nawet jeśli na nich byłam, a może zwłaszcza wtedy? Historia nie interesowała mnie kompletnie, przegapiłam sporo szans, aby ją sobie poukładać, jakoś się z nią zżyć. Dzisiaj nadrabiam, czytając reportaże, biografie, ze szczególnym akcentem na losy Europy w czasie II wojny światowej, choć żaden ze mnie ekspert. Potrafię też zostać przy Polskim Radiu, jak 1 września, słuchając pół dnia o tym, jak i dlaczego Kraków oparł się niszczycielskim siłom wroga i architektonicznie ocalał oraz jak się w nim żyło 80 lat temu. I co się jadło!

Jednym z takich młodych ludzi, którym się chciało zanurkować w przeszłość, i to dosłownie, jest mój redakcyjny kolega Marcin Zaborski. Oczywiście, że policzył i wyczuł, że w 2019 roku będzie czytelniczy popyt na opowieści okołowojenne. Nie mam mu tego za złe, zrobiła to zresztą masa innych ludzi. Szczególnie fascynujące zaś okazało się lato 1939 roku, kilka miesięcy i tygodni przed wybuchem wojny. Marcin, który poza uprawianiem dziennikarstwa newsowego i publicystyki jest kimś w rodzaju badacza archiwalnej prasy, wpadł na prosty i budujący atmosferę pomysł. Przeszukał gazety, obejrzał mnóstwo zdjęć, przeczytał wspomnienia i opowiedział o wakacjach sprzed 80 lat w książce Lato ’39. Jeszcze żyjemy.

I tak dzisiejszy warszawiak upolował Kraków tuż przed okupacją. „Czy jest miasto, w którym by ogłuszający i ogłupiający hałas bardziej utrudniał skupioną modlitwę lub wysłuchanie kazania w kościołach, pracę w szkołach i urzędach, porozumienie się kupującego ze sprzedawcą w sklepach?” („Czas”). Bo na hałasy w 1939 roku narzeka też Warszawa. Marcin zbiera detale. Codzienność, którą się wtedy żyło. Owszem, sporo w niej niepokoju, ale i zwykłości charakterystycznej i dziś. Świetnie się to czyta, podróżując w przeszłość. 

Nic się nie zmieniliśmy, po 80 latach od wojny wciąż jesteśmy tymi samymi ludźmi co wtedy. Kim byliśmy i kim jesteśmy – wierzę, że mogę to odczytać sobie i w zapiskach z dziś, i w historii.

Ale wróćmy do stolicy. A tu tej jesieni premierę kinową ma dokument O zwierzętach i ludziach, opowiadający historię Jana i Antoniny Żabińskich, opiekunów warszawskiego zoo. Najmniej chyba znana i zarazem jedna z najpiękniejszych opowieści z czasów wojennej Warszawy. Opowieść o zoo, które miało chronić ginące gatunki, a ochroniło ludzi w najokrutniejszym dla nich okresie. Żabińscy ocalili kilkaset osób, dając im schronienie na terenie ogrodu, w należącej do nich willi, ale i w klatkach oraz pomieszczeniach dla zwierząt. Ci, którzy zajmowali bażanciarnię, stawali się „bażantami”, inni byli „wiewiórkami” czy „chomikami”. Nie było w tym grama pogardy. Żabińscy przed wojną zapraszali do domu zwierzęta, to zatem jest niezwykła historia przyjaźni zwierzęco-ludzkiej. Opowiedział ją w dokumencie i opowiada o niej na żywo ze szklistymi oczami reżyser Łukasz – nomen omen – Czajka.

Muzykę do dokumentu O zwierzętach i ludziach skomponował Marcin Masecki. On ma nieprawdopodobną moc przenoszenia w czasie. Może się nawet wydawać, że przyszedł do współczesności wprost z lat 30. i 40. W odkrywaniu historii warszawskiego zoo pierwsi byli jednak Amerykanie, choć Łukasz mówi, że rozpoczął prace niemal na równi z nimi. Dwa lata temu wszedł na ekrany Azyl, w którym piękna Jessica Chastain zagrała Antoninę Żabińską. Ta historia, co wiem od znajomych, budzi ogromne zainteresowanie poza Polską. Wszędzie tam, gdzie widz umie spojrzeć na Żabińskich jak na ludzi, którzy w granicznym dla nich momencie zachowali się po prostu przyzwoicie. A czasy, w których żyli, zmieniły to zachowanie w heroiczne.

Będę jutro mijać w drodze do pracy małe pomniki i ściany ostrzelanych budynków, które się zachowały. Nic się nie zmieniliśmy, po 80 latach od wojny wciąż jesteśmy tymi samymi ludźmi co wtedy. Kim byliśmy i kim jesteśmy – wierzę, że mogę to odczytać sobie i w zapiskach z dziś, i w historii. Najbliższe mi zaś są takie właśnie zwykłe-niezwykłe opowieści. Tworzone z ciekawości i odbierane przeze mnie z tego samego powodu. I takiej ciekawości wszystkim nam życzę. 

 

Magdalena Miśka-Jackowska - kierowca z programem artystycznym. Od 2005 roku w zespole radia RMF Classic, autorka wielu programów poświęconych sztuce filmowej. Jako konferansjerka związana z licznymi wydarzeniami kulturalnymi w całym kraju. Fanka muzyki filmowej i Krakowa, od pewnego czasu w Warszawie.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, październik 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

Lato było gorące i minęło jak zawsze – w mgnieniu oka. Pielęgnowałam swoją miejskość w różnych europejskich miejscach, także tam, gdzie z powodu upału na termometrach zabrakło skali. Oferty kulturalne Krakowa i Warszawy były powalające – działo się tyle, że gdyby to zmierzyć, też by zabrakło skali. Ale była też niespodzianka.

zdarzyła się w Łodzi. To znaczy ja akurat trafiłam na nią w Łodzi na Transatlantyku, ale był to przypadek, bo pojawiła się wcześniej na krakowskim festiwalu Off Camera i wierzę, że jeszcze po festiwalowej Polsce pojeździ. Tą niespodzianką był dokument Diagnosis w reżyserii Ewy Podgórskiej. Zdumiewający efekt czegoś na kształt sesji terapeutycznej, do której twórcy zaprosili mieszkańców miasta (długo w filmie nie pada jego nazwa, ale nie ma to ostatecznie większego znaczenia). Sesja, podczas której omawiana miała być relacja z miastem, i która gładko przekształca się w podróż w głąb samego siebie, okazuje się potwornie smutna. Zdumiewające było to, że wszyscy bohaterowie, bez żadnych wcześniejszych konsultacji i bez względu na doświadczenia oraz nastawienie do życia, wystawili miastu ocenę raczej trudnej niż satysfakcjonującej relacji.

Kluczem w tym eksperymencie na granicy kina i psychologii były pytania zadawane mieszkańcom. Normalnie nie bralibyśmy ich na poważnie, ale od tygodni wracają do mnie i wydają się coraz bardziej fascynujące. Jakim zwierzęciem jest miasto? Jaki ma kolor? Jacy są rodzice miasta? Gdyby miasto było człowiekiem, jaką miałoby płeć? Kuszą, aby na nie odpowiedzieć.

Jakim zwierzęciem jest miasto? Jaki ma kolor? Jacy są rodzice miasta? Gdyby miasto było człowiekiem, jaką miałoby płeć? A Kraków?

Jakim zwierzęciem jest Warszawa? Psem. Wiernym, kundlem, ale z aspiracjami. Wytrwałym, przywiązanym, ale radosnym, gdy tylko da się mu jakiś powód. Potrafi szaleć bez końca, ale i wstaje wcześnie rano bez marudzenia. To taki pies, który nie znosi samotności, dużo z siebie daje i jest wdzięczny, gdy otrzymuje choć trochę w zamian. Pies jest szary z jedną białą i jedną czarną łatą. Nieduży, taki do połowy łydki. Ma młode oczy, ale sam nie jest już taki młody, raczej 10-letni, który w stadzie nie musi już niczego udowadniać ani walczyć.

Jaki kolor ma moje miasto? Nie mogę się zdecydować. Na pewno zielony, ale taki pomieszany z czymś na granicy lawendy i fioletu. Kompletnie nie wiem dlaczego… Atrakcją Diagnosis jest siła inspiracji i zaraźliwe wręcz, powtarzane pytania, na które chcą odpowiadać też widzowie. Podczas dyskusji po projekcji wszyscy pytają o ciąg dalszy. Czy autorki, czyli Ewa Podgórska i producentka, a zarazem pomysłodawczyni Małgorzata Wabińska, planują takie sesje w innych miejscach? Nie mówią nie, a potencjał nie tylko społeczny, ale i towarzyski, marketingowy jest widoczny.

Eksperymentuję dalej, bo ktoś może powiedzieć, że dałam się zmanipulować temu dokumentowi i wyobraźnia poddaje mi takie, a nie inne odpowiedzi. Siedzi koło mnie warszawiak, muzyk, niespełna 40-letni. Dla niego Warszawa jest ośmiornicą. Mówi mi, że macki to są różne miejsca i emocje. Każda reprezentuje inny charakter. Czy Warszawa jest kobietą czy mężczyzną? Twierdzi, że kobietą, bo sugeruje to już nazwa, ale właściwie jest tego pewien, bo Warszawa jest zdradliwa. Pytam o rodziców jego miasta. Szybko odpowiada, że wychodzi na to, że rodzice Warszawę porzucili. Wszystkie odpowiedzi padają w ciągu paru sekund.

Niesamowite jest, jak odbieramy miejsce, w którym toczy się nasze życie i jaką energię potrafimy w nim zobaczyć. Prawdą jest chyba też to, że nie każdemu wszędzie będzie się dobrze żyło. Po 12 latach mieszkania w Krakowie przeprowadzka do Warszawy oznaczała dla mnie zmianę tempa życia. Co ciekawe, na dużo wolniejsze. Dokuczliwe poczucie, że mam tysiąc spraw do załatwienia, ustąpiło tu miejsca wolniejszemu oddechowi, przesiadło się na rower i choć nadal lista spraw do zrobienia jest długa, samo załatwianie przychodzi swobodniej. Znam oczywiście mnóstwo osób, które poczuły się kompletnie na odwrót.

Przemyślenia po Diagnosis odnoszą się również do kreatywności. Tych wątków w filmie właściwie nie ma, ale może dałyby się je rozwinąć. Na przykład tworząc mapę popularnych domów pracy twórczej, o ile one w ogóle jeszcze istnieją. Pamiętam rozmowę o Katowicach, w której zastanawiano się, dlaczego skupiały tak wielu świetnych twórców i ktoś (Górecki albo Lech Majewski) powiedział, że pewnie przez pokłady węgla pod ziemią, które są pulsującym, niedającym spokoju wulkanem pomysłów. Od lat oblegany przez teatr Kraków mógłby się wpisać w taką rozmowę.

Mało rozmawiamy o miastach. Szkoda, bo w sumie poświęcamy im całe życie. Jakim zwierzęciem jest Kraków? Jaki ma kolor? Czy jest mężczyzną? Co się stało z jego rodzicami?

 

 

Magdalena Miśka-Jackowska – kierowca z programem artystycznym. Od 2005 roku w zespole radia RMF Classic, autorka wielu programów poświęconych sztuce filmowej. Jako konferansjerka związana z licznymi wydarzeniami kulturalnymi w całym kraju. Fanka muzyki filmowej i Krakowa, od pewnego czasu w Warszawie.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, sierpień 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

Mówił, że udany film jest filmem wszystkich twórców, a nieudany – tylko reżysera. W tysiącach notatek i rysunków sporo dotyczyło odległej przyszłości, musiał więc wiedzieć, że tego nie doczeka. A jednak planował swoje-nasze filmy. Tego lata Wajda znowu staje się obecny – jednocześnie w Warszawie i w Krakowie.

Pamiętam ostatnie spotkanie z panem Andrzejem. Zaledwie na kilka tygodni przed jego odejściem. Obsiedliśmy go, jak zawsze, a on miał 90 lat i choć poruszał się z trudem, myślał szybciej niż my wszyscy, młodzi, razem wzięci. Dlatego też go obsiadywaliśmy. Reprezentował jednocześnie tradycję polskiej sztuki i jej wielką, współczesną inspirację. Zawsze też, mimo upływających lat, padało pytanie o następny film. Nikt nie spodziewał się, że pan Andrzej przejdzie na artystyczną emeryturę. Odnoszę nawet wrażenie, że to ciągłe kręcenie filmów w przedziwny sposób przedłużało mu życie.

O tym, jak bardzo myślał o przyszłości, świadczy scena z tego spotkania, prawdziwie filmowa. Bo kiedy padło owo pytanie o następny film, on niespodziewanie odpowiedział pytaniem, jaki film my sami chcielibyśmy zobaczyć? Na taką odpowiedź Wajdzie chyba nigdy nie jest się gotowym. Ktoś rzucił, że prawdziwy. Ktoś, że o miłości. Powiedzieliśmy, że może świat ludzi, którzy pracują w świecie wirtualnym może wydać się mu interesujący? Był zdziwiony, że można na tym zarobić. Na byciu w sieci. I potem powiedział coś, co zostanie ze mną na zawsze. Stwierdził, że trzeba robić filmy tak, aby zaskoczyć widza myślą, której on jeszcze w tej chwili nie ma, ale będzie mieć niebawem. A reżyser musi ją mieć już, tu i teraz. Napisać o tym scenariusz, nakręcić, po wielu miesiącach, a może i latach pokazać publiczności, która powie: skąd on to, do licha, wcześniej wiedział?

Stwierdził, że trzeba robić filmy tak, aby zaskoczyć widza myślą, której on jeszcze w tej chwili nie ma, ale będzie mieć niebawem. A reżyser musi ją mieć już, tu i teraz. Napisać o tym scenariusz, nakręcić, po wielu miesiącach, a może i latach pokazać publiczności, która powie: skąd on to, do licha, wcześniej wiedział?

Wiosną zainaugurowało działalność Centrum Kultury Filmowej im. Andrzeja Wajdy. Ma służyć rozwojowi kultury filmowej, jej upowszechnianiu, ożywianiu i inicjowaniu. Ma skupiać się na widzu współczesnym, by nie powiedzieć nowoczesnym, którego dotyczy wiele zmian w sztuce i życiu i za nimi wraz z nim podążać. Centrum nie ma na razie siedziby i prowadzi działalność wędrującą. Pierwszy przystanek zrobiło sobie w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, gdzie pokazano powstający przez ponad dekadę dokument Jolanty Dylewskiej Marek Edelman… i była miłość w getcie. Nad scenariuszem pracowała Agnieszka Holland, a sceny fabularne tej poruszającej opowieści o wojnie i namiętności wyreżyserował Wajda. W ekumenicznym niebie razem z Markiem Edelmanem pewnie trzymali kciuki za powodzenie premiery.Latem CKF rozwinie skrzydła w stolicy, zapraszając widzów między innymi do kina letniego na barce Wisława. Ale kto zechce dowolną metodą popłynąć Wisłą do Krakowa (płyńmy pod prąd, czemu nie), to i tam znajdzie Wajdę. Do września można oglądać w Muzeum Narodowym wielką monograficzną wystawę poświęconą artyście i jego sztuce. Jak mówię: „wielka”, „monograficzna”, brzmi to strasznie pompatycznie i odstrasza. Ale tak nie jest! Wystawa wciąga. Jest tam coś, co pozwala się czuć intymnie i uroczyście. Osobiście. Wajda był czujnym rozmówcą, bez względu na to, jak te rozmowy wyglądały, i zdaje się je jakoś kontynuować tą wystawą.

Ekspozycja ma siedem stref. Jest wszystko: domy, wojna, teatr, inspiracje malarstwem i muzyką, są aktorzy Wajdy, nagrody Wajdy i on sam w niezliczonych notatkach. Przestrzeń jest na tyle duża, aby świadomie w niej zabłądzić, ale i na tyle spójna, że nie ma mowy o zagubieniu intelektualnym. Film, który jako ruchomy wydaje się niemożliwy do pokazania w statycznej ekspozycji, został tu przedstawiony nowocześnie i pomysłowo. Przechwytuje nas wręcz do swojego świata.

Na Wajdęwchodzi się przez ogromne, ponad czterometrowe drzwi. Zza nich widać już zdjęcie reżysera, a na nim jego słynny ruch ręki, widoczny na wielu werkach i fotosach, a tu uchwycony przez współpracującą z Wajdą przez lata Renatą Pajchel. Ten gest to takie zagarnięcie świata. Otwarta dłoń, która zaprasza, ale widać, że nie zamknie się zaraz po tym, jak nas ściśnie. Piękna metafora filmowca, który nie przestaje zadawać ważnych pytań.

 

 

Magdalena Miśka-Jackowska – kierowca z programem artystycznym. Od 2005 roku w zespole radia RMF Classic, autorka wielu programów poświęconych sztuce filmowej. Jako konferansjerka związana z licznymi wydarzeniami kulturalnymi w całym kraju. Fanka muzyki filmowej i Krakowa, od pewnego czasu w Warszawie.

 

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, lipiec 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl



Stęskniłam się za Warszawą. Wiosna, jak to wiosna, upłynęła zabiegana na wspaniałych, krakowskich festiwalach. Wpadałam do domu tylko czasem. Aż tu wracam i zderzam się z Moniuszką.

Bo wiedzieć, że Dworzec Centralny nosi teraz jego imię, to jedno. A zobaczyć wielką tablicę przy wejściu, to drugie. W maju minęło 200 lat od urodzin jednego z najważniejszych dla Polski kompozytorów. W czerwcu na dobre rozkręcają się poświęcone mu wydarzenia i koncerty. Największym chyba sukcesem tego jubileuszowego roku byłoby pokazanie go w innym świetle. Stanisław Moniuszko wydaje się być dla masowej publiczności potwornie posągowy. Założę się, że w życiu by do czegoś takiego nie dopuścił.

Nasza duma narodowa. Kompozytor przez duże K. Przeciętnie zorientowany w kulturze Polak wymieni kilka jego dzieł. Naprawdę. Halkę, Straszny dwór i Prząśniczkę. Zbadano to nawet na dużej grupie. Kompletnie nic nie wiemy o człowieku. A człowiek, jak to człowiek, był z niego interesujący. Choć nieco prowokacyjnie. Nie dał się zapędzić do pracy urzędnika, na wszelkie złośliwości – bo po co szlachcicowi pisanie muzyki – odpowiadał cierpliwie i bez awantur. Całe życie zakochany w swojej żonie, której muzykalności wiele zawdzięcza, bo to ona była jego pierwszym słuchaczem. I to naprawdę nie jest nudne, biorąc pod uwagę, że wiecznie nie mieli pieniędzy właśnie dlatego, że Stanisław wybrał muzykę. Tu, jak widać, nic się w świecie sztuki nie zmieniło.

Dobry, skromny gość. Bez wielkiej charyzmy, bez spektakularnego talentu. Nawet spekulacje, że pisał „ku pokrzepieniu serc”, nie są do końca prawdziwe. Pisał za to z serca. Ciężko promuje się go na świecie, choć zwracają na niego uwagę muzyczne znakomitości, z radością go grając i śpiewając. Ważny niczym święto narodowe. Szaleńczo zakochany nie tylko w swojej żonie, ale i w Polsce, którą przerzucał na pięciolinię dosłownie i w przenośni. Ba, nawet wymsknęło mu się kiedyś, że „nic nowego nie tworzy”. Może rzeczywiście jest w tych mazurach, pieśniach i komediach (!) po prostu zamknięta nasza codzienność? Ze szczyptą marzeń, których treść zmieniła się przez lata, ale sens pozostał taki sam.

Ważny niczym święto narodowe. Szaleńczo zakochany nie tylko w swojej żonie, ale i w Polsce, którą przerzucał na pięciolinię dosłownie i w przenośni. Ba, nawet wymsknęło mu się kiedyś, że „nic nowego nie tworzy”.

Moniuszkę przekazują dalej kobiety. Zauważyłam to u znakomitych popularyzatorek pieśni, między innymi u Katarzyny Oleś-Blachy, cenionej śpiewaczki i pedagog, związanej z Operą Krakowską. Ale i u Włodka Pawlika, laureata Grammy, fantastycznego pianisty i kompozytora, a nade wszystko wrażliwego jazzmana. Muzyki Moniuszki słuchał od dziecka dzięki mamie, solistce, której czasem akompaniował. Żona artysty, Jolanta, też straciła dla Moniuszki głowę w jak najlepszym tych słów znaczeniu. Jej wielkim marzeniem jest nagranie wszystkich pieśni kompozytora. Jest ich blisko… 300! Nikt tego dotąd nie zrobił.

Włodek Pawlik wydał niedawno doskonałą płytę z Moniuszką na jazzowo. Jeśli ktokolwiek wzdryga się na myśl o słuchaniu Prząśniczki, niech sięgnie po nią natychmiast. Tak nowoczesnej, świeżej i szalonej płyty dawno nie było. Jest mocno uzależniająca, tria Pawlika po prostu nie da się wyłączyć, a Aria z kurantem pokazuje wielką siłę melodii. Napisałabym, że nie poznamy, że… to Moniuszko, ale nie chcę być złośliwa.

Stanisław Moniuszko jako patron Dworca Centralnego podoba mi się ogromnie. Nie tylko jako symbol naszej kultury, ale po prostu jako człowiek, który ciągle był w podróży! Mamy w krakowskiej redakcji radia popiersie, łudząco podobne do Moniuszki, ale i Kościuszki. Pieszczotliwie mówimy o nim więc „Mościuszko” i przystrajamy z wielu okazji. Dziś, zawiązując mu pod brodą czerwoną, urodzinową wstążkę, życzę sobie, aby więcej się o jego muzyce i nim samym mówiło prostym językiem. W końcu jego największym pragnieniem było być zrozumianym w każdym domu. Nasze XXI-wieczne domy to chyba jego największe wyzwanie.

 

 

Magdalena Miśka-Jackowska - kierowca z programem artystycznym. Od 2005 roku w zespole radia RMF Classic, autorka wielu programów poświęconych sztuce filmowej. Jako konferansjerka związana z licznymi wydarzeniami kulturalnymi w całym kraju. Fanka muzyki filmowej i Krakowa, od pewnego czasu w Warszawie.

 

 

 

 

W naszych luksusowych czasach podróż z Warszawy do Krakowa lub odwrotnie zajmuje pociągiem nieco ponad dwie godziny. A mówią, że będzie jeszcze krócej. Czy to wystarczy, aby wreszcie powiedzieć, że te miasta są niedaleko siebie? Przecież to jeden z najwspanialszych duetów miejskich w historii!

I tyle o historii. Nie będę dotykać spraw trudnych, zawikłanych życiorysów, sporów i uprzedzeń na linii krakowsko-warszawskiej, która nie przestaje być linią rozgrzaną do czerwoności. Pozostańmy wyłącznie przy dobrym znaczeniu tych słów. Bo jest coś dobrego do zrobienia.

Zaczepił mnie kochany redaktor Bereś, czy nie mogłabym poruszyć tematu, który dopiero pączkuje, ale jest w znacznie wcześniejszej fazie niż kwiaty o tej porze roku. Warto go pielęgnować, bo może z niego wyrosnąć coś naprawdę pięknego. Temat ma swoje hasło przewodnie, proste i miłe dla ucha – „Kraków-Warszawa: wspólna sprawa”. A skoro wspólna, to wszyscy mamy tu coś do powiedzenia – o co zresztą chodzi. Ludzie potrafią wspaniale łączyć siły, jeśli poczują się zmotywowani i zainspirowani jakimś pomysłem. 

Tym, co łączy oba miasta od zawsze, jest sztuka. Nie tylko fakt, że oba posiadają bezcenne dla polskiej kultury zbiory. Nieocenione jest również to, jak bogata, dynamicznie się rozwijająca i nowoczesna jest ich oferta kulturalna. I że właściwie trafia ona do wspólnego odbiorcy. 

Nie muszą jednak ze sobą konkurować, bo są miastami kompletnie odmiennymi i odmiennym rytmem biją nam w nich serca. W obu również wciąż nieszczególne jest dla serca powietrze… Czy Warszawa i Kraków mogą mieć wspólną strategię promocji kultury? 

Samo życie nam to podpowiada. Dziesiątki artystów różnych dziedzin regularnie dzielą swoje życie zawodowe między oba miasta. Migrują do teatrów, na plany zdjęciowe, estrady, sale koncertowe i do – najczęściej – dwóch domów. Nie widziałam dotąd, aby ta ich wyjątkowa cecha była jakoś szczególnie wykorzystywana. Oczywiście jest to smaczny kąsek w wywiadach, wielu z nich samodzielnie zbudowało wokół tych podróży jakiś fajny kontekst. Ale wiele jeszcze można wymyślić. Cała Warszawa wie, że Grzegorz Turnau jest z Krakowa. Ale czy Kraków wie, że artysta ten pełni funkcję dyrektora muzycznego warszawskiego Teatru Lalka?

Od lat marzy mi się, aby wspaniałe krakowskie festiwale miały gościnne odsłony w Warszawie. Nie ma lepszej promocji i skuteczniejszego sposobu, aby ściągnąć publiczność, a przecież ustaliliśmy już, że te dwie godziny z hakiem pociągiem to żaden dystans.

Kraków i Warszawa – ta miejska para naprawdę może świetnie zatańczyć, choć w przeszłości deptała sobie po palcach.

Pociąg do sztuki też mi się marzy, choć wiem, że pewnie to marzenie ściętej głowy i nie tak się myśli w marketingu linii kolejowych. Ale gdyby tak bilet był z rabatem, gdy się ma drugi na jakieś wydarzenie kulturalne w drugim mieście? 

Skusiłabym się również na jakieś mistrzowskie oprowadzanie. Są mistrzowie w Warszawie, są w Krakowie. Można by ich zaprosić do wspólnego przedsięwzięcia kulturalnego. Na przykład biorąc mistrza z Krakowa, aby pokazać mu Warszawę, lub w drugą stronę, i otworzyć taki spacer dla publiczności. Ale wymyślić to można na wiele innych sposobów. Siła inicjatywy w ogóle może polegać na kilku zgrabnych pomysłach. Ani wielkich pieniędzy tu nie trzeba, ani czasu. Taka rzecz do wdrożenia od zaraz. 

Pod warunkiem oczywiście, że znajdą się tacy, którzy zechcą spróbować. Bo że będą tacy, co na ten apel odpowiedzą, nie mam wątpliwości. Ta miejska para naprawdę może świetnie zatańczyć, choć w przeszłości deptała sobie po palcach. Dzisiaj potrzeby odbiorcy kultury są bardzo świadome, a wymagania duże. A skoro chcemy więcej, czemu sobie tego nie dać? 

Kraków i Warszawę łączą też humor, kuchnia, rozrywka. Ale i starość, a może ładniej – patyna przeżyć, doświadczenia, tego wszystkiego, czego nie mają miasta młodsze, choć pewnie bardziej przyjazne do życia na co dzień. To są takie miejsca-wyzwania. Jednocześnie daleko i blisko siebie, niby podobne, a jednak kompletnie różne. I promujące Polskę w sposób najbardziej widowiskowy. 

Fascynujące by było, gdyby Kraków i Warszawa połączyły siły, aby skomplementować siebie nawzajem pod kątem sztuki. Bez żadnych fochów. 

Porozmawiamy o tym?

 

 

 

Magdalena Miśka-Jackowska - kierowca z programem artystycznym. Od 2005 roku w zespole radia RMF Classic, autorka wielu programów poświęconych sztuce filmowej. Jako konferansjerka związana z licznymi wydarzeniami kulturalnymi w całym kraju. Fanka muzyki filmowej i Krakowa, od pewnego czasu w Warszawie.

 

 

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, maj 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl



 

Odszedł Leopold Kozłowski. Był tą częścią Krakowa, którą nie tylko zabrałam ze sobą do Warszawy, ale zabiorę wszędzie, i chcę ją pielęgnować, jak on pielęgnował świat, którego już dawno nie ma, a którego iluzję podtrzymywał tak pięknie.

Moja pierwsza dorosła wyprawa do Krakowa zaczęła się na Kazimierzu i nic innego mnie w ogóle wtedy nie interesowało. Później dobry los chciał, że nie tylko bywałam tam prywatnie, ale i służbowo. Miałam też zaszczyt dosiadać się do pana Leopolda przy jego stoliku w Klezmer Hois, rozmawiać i śmiać się, a nawet przyjmować jego oświadczyny, bo oświadczał się często i chętnie, nie tylko mnie oczywiście. I zawsze był przyjmowany. 

Leopold Kozłowski-Kleinman. Wspaniały artysta, potem autorytet, dobry duch i wreszcie legenda muzycznego Krakowa, z którym związany był od zakończenia wojny. Kiedy przyjechał tu po raz pierwszy jako młody żołnierz, zobaczył okaleczone miasto. Muzyką postanowił te rany choć trochę zaleczyć.

Uważał, że muzyka żydowska to muzyka niuansów i nie da się wszystkiego zapisać w nutach. Bo jak zapisać, gdzie trzeba załkać?

Dyrygent, pianista, kompozytor. Zawodowo wskrzeszający czasy żydowskiego miasta i żydowskiego sztetl. Wiele o tym rozmawialiśmy, bo był przecież także kompozytorem muzyki filmowej, a dla Stevena Spielberga konsultował w Liście Schindlera muzykę getta i sam zagrał w tym ważnym dla całego świata filmie. Na jakiś czas związał się z Teatrem Żydowskim w Warszawie, opracował również co najmniej sześć inscenizacji Skrzypka na dachu. Nic dziwnego, że przyjeżdżali do niego na Kazimierz klezmerzy z wielu krajów. 

Kucharz. I to znakomity! Zapraszał na gęsi pipek albo gicz indyczą receptury swojej mamy. Jednak ze wszystkich rodzinnych receptur najważniejsza była sztuka. Urodził się w Przemyślanach, niedaleko Lwowa. Rodzina miała znakomite muzyczne tradycje, a wszyscy synowie jego dziadka, w sumie dwunastu, zostali muzykami. Nawet Mozartowi potrafili dołożyć chasydzki zaśpiew. Mówił, że klezmerem trzeba się urodzić, ale… Mówił też, że jeśli się to bardzo pokocha, można być świetnym artystą muzyki klezmerskiej. Wychował kolejne pokolenia solistów, w których nie było już żydowskiej krwi, ale wielkie serce do tradycji. Uważał, że muzyka żydowska to muzyka niuansów i nie da się wszystkiego zapisać w nutach. Bo jak zapisać, gdzie trzeba załkać? 

Niedługo po tych wszystkich cudownych, muzycznych rozmowach poznałam pana Leopolda trochę na nowo, bo oczami, wrażliwością i przyjaźnią Jacka Cygana. Przez wiele lat byli pięknym duetem przyjaciół na scenie i w życiu. Trzeba było usłyszeć to „Poldeczku” i „Jaceńku” na własne uszy, żeby wiedzieć o nich więcej. I zrozumieć, dlaczego właśnie Jackowi Cyganowi dał się pan Leopold namówić, aby opowieść o swoim niełatwym życiu zapisać w książce. Ta książka nosi tytuł Klezmer i wyjaśnia, że można zatrzymać czas.

Tym, co łączyło Kozłowskiego i Cygana, była oczywiście muzyka. Ale był też humor. Szmonces, żart, improwizacja oraz samo życie, które komentowali w sposób fantastyczny i cudownie politycznie niepoprawny. Wiele z tych z życia wziętych anegdot Jacek zapisał w Klezmerze. Humor stanowił nieodłączny element ich wielu, wielu wspólnych koncertów, które nie tylko w Krakowie gromadziły tłumy, a na scenie najlepsze krakowskie głosy, nauczone przez pana Leopolda każdego niuansu muzyki żydowskiej. „Nie dość, że goj, to jeszcze Cygan!” – przedstawiał zawsze Leopold Kozłowski Jacka Cygana i dodawał żartobliwie: „I z kim ja muszę pracować…”. 

Zadzwoniłam do Jacka Cygana w poniedziałek, zapytać, czy nie chciałby porozmawiać ze mną do mojego krakowsko-warszawskiego felietonu. Powiedział, że jestem spóźnialska, bo oczywiście „Kraków” już go zaprosił. I powiedział mi też, że pan Leopold jest w szpitalu. We wtorek przyjechałam z Warszawy i chciałam pójść się pożegnać. Nie zdążyłam. Tego samego dnia pan Leopold odszedł. 

Dzwonił raz na kilka tygodni i pytał o muzykę, która zainteresowała go w radiu, zawsze prosił o pomoc w rozszyfrowaniu, co to. Nagrywałam mu płyty z ulubionymi utworami. Sam o muzyce mówił w taki sposób, że stawała się dostępna dla każdego. Bez barier. Powiedział mi też kiedyś, że klezmerzy, jak górale, powinni trzymać skrzypce daleko od głowy, ale niżej, blisko serca. 

Miał 100 lat. Nawet sobie nie wyobrażaliśmy, jak będzie bez niego. 

 

Magdalena Miśka-Jackowska - kierowca z programem artystycznym. Od 2005 roku w zespole radia RMF Classic, autorka wielu programów poświęconych sztuce filmowej. Jako konferansjerka związana z licznymi wydarzeniami kulturalnymi w całym kraju. Fanka muzyki filmowej i Krakowa, od pewnego czasu w Warszawie.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, kwiecień 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl



STYCZNIOWY NUMER JUŻ W SPRZEDAŻY!


Okiem Beresia:
Szef i Jego książki

 

Z najwyższej półki: Miasto książki
- Krzysztof Burnetko

Pasy pany: Felieton na ostatnią stronę
- Jerzy Pilch

Na czerwonym świetle