Tak się złożyło, że miałem w życiu tylko dwóch prawdziwych Szefów: Jerzego Turowicza i Adama Michnika. Łączyło ich przynajmniej jedno: obaj ubóstwiali książki.

Cieszymy się i gratulujemy Ci! 

Olga Tokarczuk to pisarka najbardziej uniwersalna. Światowa tak, jak tylko sobie można taką funkcję wyobrazić. I jednocześnie każde słowo w jej książkach, czy dzieją się w odległej przeszłości czy teraźniejszości, czy w przestrzeni konkretnej czy dowolnej, jest słowem wyrastającym z rzeczywistości. Najłatwiej dostrzec to w książkach wprost odwołujących się do jej własnych korzeni. Sama się urodziła w Sulechowie w Lubuskiem, następnie mieszkała w Kietrzu na Opolszczyźnie, studiowała psychologię w Warszawie, pracowała jako psychoterapeutka w Wałbrzychu, zamieszkała – by pisać – w Nowej Rudzie (Dolny Śląsk znowu), a potem w Krajanowie pod Nową Rudą, w Sudetach Środkowych, aż wylądowała w Wrocławiu.

Lubię whisky single malt, ośmiorniczki i książki Tomasza Manna. A jednak znowu muszę (chcę?) myśleć o polityce. Nie jest dobrze. Ale widzę gdzieś nadzieję – w miastach.

Kto mnie nie zna, może się zdziwić. Bo zamiast polityki wolałbym biesiadować z przyjaciółmi w nocy w mym ukochanym Klezmer Hois u Wojtka Ornata na krakowskim Kazimierzu, zagrać w piłkę z wnukami, wrzucić ośmiorniczki z grilla, przytulić żonkę na zawsze ciepłej Fuertaventurze, zmieszać Tomasza Manna z dobrą goryczką włoskiego Primitivo, a przy szklaneczce dziesięcioletniego Ardbega oglądnąć raz jeszcze filmy Andrzeja Wajdy. OK, z redakcją wymyśleć nowy numer „Krakowa”. I, a tak, why not, napisać kolejną książkę czy wyprodukować kolejny film (mam tego wiele w planach).

„Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga” – zaczyna się jedna z najważniejszych ksiąg świata (Ewangelia według Jana). Cytat ten, pomijając w tym momencie teologiczne dywagacje, pokazuje sprawczą siłę słowa. Słowa, które tworzy, zmienia, naprawia, ale i… psuje.

Ludzkość wie o tym od tysięcy lat. Ale dopiero systemy autorytarne i totalitarne powstałe w XX wieku podeszły do sprawy nie tylko całościowo i na skalę przemysłową, ale przede wszystkim odkryły przepis na skuteczne kłamstwo: okazało się, że ważniejsze niż same kłamstwo jest zmiana pierwotnego, powszechnego znaczenia słów.

W XIX wieku francuski pisarz Eugeniusz Sue postanowił zdobyć popularność – za radą przyjaciela napisał Tajemnice Paryża. Kto i kiedy opisze współczesny Kraków tak, by – słusznie – świat cały, nie mówiąc o Polsce, padł na kolana?

Powieść Francuza, drukowana najpierw w odcinkach, a pokazująca miasto od innej, nieznanej, tajemniczej strony była i jest wielkim sukcesem: bo choć Sue dzisiaj jest raczej zapomniany, to tytuł, choćby jako znak, jako powiedzenie – przetrwał. 

Krzysztof Burnetko, dr Stanisław Dziedzic, Zofia Gołubiew, Krzysztof Jasiński, Ewa Lipska, Maria Malatyńska, Jan Pieszczachowicz, prof. Andrzej Romanowski, prof. Stanisław Waltoś, Andrzej Wyrobiec i niżej podpisany – czyli Jury Medalu za Mądrość Obywatelską nie miało wątpliwości – Krystyna Janda ze wszech miar jest godna tego wyróżnienia.

Aktorka mądrość, ale i odwagę udowodniła już w swoim debiucie, czyli Człowieku z marmuru. Andrzej Wajda był reżyserem, który aktorom pozostawiał wiele wolności. A aktorka wykorzystała to brawurowo. Jej kreacja oparta na wnikliwej obserwacji charakterów PRL-owskiej rzeczywistości stała się symbolem oporu przeciwko systemowi: fałszowaniu historii, układom, kłamstwom państwowej telewizji i represjom wobec tych, którzy wolności bronili. Przeciwko bezprawiu i niesprawiedliwości.

Nie mam problemu z tym, że Unia wymusza wycofanie ze sklepów starych żarówek. Wkurza mnie za to, że tak niewielu jest eurowizjonerów. Ale to wszystko blednie przy tym, o czym właściwie nikt nie trąbi: to Unia Europejska gwarantuje od lat kontynentalną stabilność i – zasadniczo – pokój. 

Juliusz Mieroszewski, krakowianin i londyńczyk, jeden z najbardziej przenikliwych Polaków-Europejczyków, pisujący w paryskiej „Kulturze”, jest w polskiej myśli politycznej prekursorem nowoczesnego myślenia globalnego. I choć po wielokroć się mylił w prognozach (nie ma się co dziwić – zmarł w roku 1976, gdy stał jeszcze mur berliński, a komunizm trzymał się mocno), to jego dwie tezy polityczne wyprzedziły swój czas.

Co po artystach w czasie marnym? Komu potrzebna kultura, gdy jej odbiorcom brak na chleb, politycy żądają daniny propagandowej, Sieć wymusza mega nadpodaż wszystkiego, w tym sztuki, a motłoch łaknie Big Brothera? 

Swoją drogą to zabawne, jak polski artysta miotany jest przez ostatnie 200 lat z okładem. Kapitał chce kasy, lud chce patriotycznych uniesień, a Władza zawsze (prawie) chce sztuki z tezą, czyli propagandy. 

Wydawało się jednak, że nasza wolność budowana w 1989 roku wszak przez intelektualistów usunie takie przeszkody. 

I usunęła. Tylko się okazało, że kultura to rzekomo część gospodarki taka jak przemysł zapałczany: jest przychód, ale są i koszty, a wszystko ma na siebie zarabiać.

To marzenie znają wszyscy twórcy i menadżerowie kultury – od Władywostoku do La Manche: – Ach, zrobić choć raz coś, co będzie się zaliczało do kultury ambitnej odczytywanej poprzez doświadczenie narodowe, ale co jednocześnie będzie mocno siedziało w światowej kulturze masowej.
I żeby mądre to było i kasę dawało. 

jeśliby udało się i to, by komentowało współczesność, było zrozumiałe dla każdego odbiorcy żyjącego tu i dzisiaj, niezależenie od jego wieku... O, oddanie duszy w zamian za taki sukces to byłaby cena najniższa.

Chciałem tu pisać, że Walentynki, że Dzień Kota, że miłość do zwierząt oznacza miłość do ludzi. I do tego Anna Dymna na okładce. Ale mord polityczny na Pawle Adamowiczu uświadamia, że aby Polacy mogli wyciągać rękę jeden do drugiego, najpierw państwo musi walczyć z nienawiścią, a nie ją podsycać.

Jest grudzień 1922. Prezydentem RP zostaje Gabriel Narutowicz. „Jak śmieli Żydzi narzucić Polsce swego prezydenta?” – pyta następnego dnia „Gazeta Poranna 2 Grosze”. A endek Stroński oznajmia, że obcy narzucili prezydenta większości polskiej. Kiedy Narutowicz zostaje zastrzelony, morderca najpierw przez prawicę zwany jest szaleńcem, a potem – bohaterem. A ten sam Stroński, chcąc umyć ręce, poucza: „Ciszej nad tą trumną”. Itp., itd.

Mittler zwischen Hirn und Händen muss das Herz sein (Między rozumem a rękami musi być serce). Takim mottem zaczyna się Metropolis, wielki film sprzed blisko stu lat. 

To niemieckie, ekspresjonistyczne arcydzieło kina niemego (rok 1927, reżyseria  Fritz Lang, scenariusz jego i Thei von Harbou) opowiada o fascynującym, choć mocno demonicznym mieście przyszłości. I zaskakująco trafia w nasze współczesne lęki.

Ta polska tradycja – wolne miejsce i talerz czekający na samotnego – jest niezwykła. Czy aby na pewno jednak traktujemy ją poważnie? Sam ten test zdałem kiepsko…

 

Wisława Szymborska pisała: „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Mam za sobą taki sprawdzian, choć na szczęście nie w najbardziej skrajnej formie. 

Oblałem? Może nie aż tak, ale nie jest to test zdany na piątkę. 

Dzięki temu już wiem, że niekoniecznie jest to takie proste.

Kraków potrzebuje prezydenta, który łączy. Bo miasto łączy, a nie dzieli

Pasjonuje mnie polityka. Stwierdzenia, że wszyscy politycy to banda leniwych nieudaczników uważam za tani populizm taksówkowy. Wiem, że niemal cała sfera naszego życia – włącznie z tym, co nas wkurza – to efekt uprawianej lepiej lub gorzej polityki.

„Miasto. Masa. Maszyna” głosili kiedyś krakowscy awangardziści z Tadeuszem Peiperem na czele. Dziś, patrząc na oszałamiająco zmieniający się Kraków, chciałoby się krzyknąć: „Miasto. Moc. Miłość” i ewentualnie dodać „Magię”.

Każdy, kto wjeżdża do Krakowa samochodem, a nie był tu przez kilka miesięcy, zna to odczucie: jakaż kolejna zmiana! Jaka dynamika rozwoju! Jakie niebanalne rozwiązania architektoniczne!

To miasto nie tylko żyje pełną piersią, ale ze swego rozwoju samo czerpie energię.

Więcej artykułów…

STYCZNIOWY NUMER JUŻ W SPRZEDAŻY!


Okiem Beresia:
Szef i Jego książki

 

Z najwyższej półki: Miasto książki
- Krzysztof Burnetko

Pasy pany: Felieton na ostatnią stronę
- Jerzy Pilch

Na czerwonym świetle