W herbie Krakowa widnieje otwarta brama. To znak, że miasto z radością wita każdego gościa i wciąż oczekuje na nowych przybyszów – tych z bliska i tych z daleka. Tak jest dziś, tak było przez stulecia.

Nie dla wszystkich niebiosa były jednakowo łaskawe, nie każdemu dane było urodzić się w Krakowie. Na mnie spłynął z wysokości strumień błogosławionych łask: przejrzałem na oczy właśnie w Krakowie i to na Półwsiu Zwierzynieckim, pępku wszechświata. A przecież z takim rodowodem pieszczę w sercu najlepsze uczucia do tych wszystkich, którzy choć na świat przyszli z daleka od Wawelu, z tym właśnie miastem związali późniejsze losy, wzbogacali je swoją pracą i talentem. Tacy zasługują na najwyższy szacunek. Bo moja metryka skazuje mnie na obowiązkową, potwierdzoną nakazem urzędowym dożywotnią miłość do tego miasta. A dla tamtych była to sprawa osobistego i niczym nieprzymuszonego wyboru.

Od stuleci Kraków wabił do siebie rzesze przybyszów. Niemcy przynieśli tu tradycje cechowe i samorządowe. Włosi nadali miastu renesansowo-barokowe oblicze (teraz twierdzą, że to najbardziej włoskie z polskich miast). Żydzi byli królewskimi bankierami, ale inspirowali także liczne smaki tutejszej kuchni. A oprócz nich jeszcze Węgrzy, Szkoci, Czesi, Holendrzy, Rusini, Austriacy. I nie tylko. Wszyscy pozostawili tu ślady, powstał z tego smakowity stop wielokulturowy.

Wielka trójca naszych ojców założycieli, to jest zasadźców, którzy wprowadzili tu oparte na wzorach zachodnioeuropejskich zasady prawa magdeburskiego, to przybysze ze Śląska: Gedko pochodzący z Wrocławia, Jakub z Nysy i Dytmar, także z Wrocławia. W zapoczątkowanym wtedy (czyli w roku 1257) peletonie włodarzy miasta – kolejnych sołtysów, wójtów, burmistrzów, prezydentów – zdecydowaną większość stanowili właśnie owi krakowianie z własnego i nieprzymuszonego wyboru. Tak samo było w przypadku rektorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, nie inaczej przedstawiała się układanka arcypasterzy kurii biskupiej. Warto przypomnieć jeszcze, że od początków doby autonomii galicyjskiej (rok 1866) do dziś Kraków miał (wyłączając lata okupacji) 36 prezydentów, ale tylko sześciu spośród nich to rodowici krakowianie. 

I w tym miejscu przywołuję tytuł tego felietonu. Otóż odnoszę wrażenie, że Kraków coraz bardziej wstydzi się swojego herbu i jego otwartej bramy. Od pewnego czasu miasto coraz bardziej ochoczo legitymuje się znakiem logo. Ale widać, że ten niby nowoczesny rysunek ulic wokół Rynku także i samych twórców pozostawia w niedosycie. Czy aby sam w sobie jest tym, o co chodzi, skoro każdorazowo podpierać go trzeba wielkogabarytowym stemplem o jednoznacznym przekazie: KRAKÓW. Nie, nie jestem wrogiem znaków wyrażających prosty komunikat o związku z miastem. Dobre to dla breloczków, garnuszków, długopisów. Ale dlaczego tym znakiem pieczętowane są plakaty i inne materiały zachęcające, na przykład, do zwiedzania monumentalnej wystawy z dorobkiem Stanisława Wyspiańskiego?

Niemcy przynieśli tu tradycje cechowe i samorządowe, Włosi nadali miastu renesansowo-barokowe oblicze, Żydzi byli królewskimi bankierami. A oprócz nich jeszcze Węgrzy, Szkoci, Czesi, Holendrzy, Rusini i Austriacy. Wszyscy pozostawili tu ślady.

Herb ma wiekowy rodowód, pierwszą o nim wzmiankę zamieścił Janko z Czarnkowa pod datą 1370 (obowiązującą wersję przyjęto w roku 1937). Teraz z ust zwolenników logo słyszy się, że nie przemawia do współczesnego odbiorcy. Że nie ma w nim tak jednoznacznego komunikatu, jaki przekazuje na przykład opiekuńczy anioł w herbie Torunia, waleczna syrenka w herbie Warszawy czy mocarny niedźwiedź w herbie Berlina. Że zmieniły się skojarzenia związane z murem obronnym, dominującym w tym historycznym krakowskim znaku. W średniowieczu mur kojarzył się z bezpieczeństwem, dostatkiem, prestiżem. Dziś rzekomo przywodzić ma na myśl stawianie barier, ograniczenia, przeszkody. 

Bzdura. Proszę wpisać mnie na listę fanatycznych obrońców i miłośników herbu. To znak z wysokiej półki, patronować ma temu, co wpisuje się w historię miasta i stanowi o jego obliczu. Mur to rzeczywiście bezpieczeństwo, prestiż, powaga i fundamenty tradycji. Ale jakże przekonującą wymowę ma otwarta szeroko w nim brama. To wyraz gościnności i tolerancji, a także gotowości do nawiązywania kontaktów i przyciągania przybyszów. To pamięć o tych, którzy zawitali tu w przeszłości, to ukłon w stronę współczesnych imigrantów, którzy podjęli decyzję osiedlenia się między kopcami Krakusa, Wandy i Kościuszki. 

 

Mieczysław Czuma – profesor krakauerologii, redaktor niehabilitowany.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, luty 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl




Okiem Beresia:
Europa. Do napisania

Z najwyższej półki: Krakowski ojciec jednej Europy
- Krzysztof Burnetko

Smocze jajo: Zapraszam na Kazimierz
- Mieczysław Czuma

Na czerwonym świetle

Dyskusyjne Kluby Czytelnicze 2019