Józef Bubak, polonista, wybitny językoznawca, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, spotkał kiedyś swojego sąsiada i usłyszał: – Panie profesorze, znamy się od lat, zawsze miałem o panu najlepsze zdanie, uważałem pana za człowieka godnego szacunku. Ale właśnie dowiaduję się, że jest pan onomastą. Wstyd!

Ktoś kiedyś – nie wiadomo kto i kiedy – przemianował niegdysiejszą ulicę Stradom na dzisiejszą Stradomską. Pytam, po co nam, pamiętliwym krakusom, funduje się takie nowości? Dawna nazwa to spolszczona włoska strada, czyli droga. Ulica zasłużyła na takie właśnie jednoznacznie proste określenie, bo była szczególnie ważna, prowadziła do najcenniejszego królewskiego skarbu, do wielickiej soli. A włoszczyzna w jej pochodzeniu tłumaczy się tym, że zarządcami wielickich salin często bywali właśnie Włosi. 

Ktoś kiedyś – nie wiadomo kto i kiedy – nazwał to wszystko, co znajduje się w otulinie Plant, to znaczy nasze krakowskie Śródmieście, całkiem po warszawsku Starym Miastem. Po co ten przekręt? U nas wszystko, nawet i to, co znajduje się z dala od Rynku i Sukiennic jest leciwe, pełne powagi i dostojeństwa. Stary jest nie tylko sam środek miasta, ale i to, co jest na Zwierzyńcu, na Krowodrzy, w Podgórzu. Warszawiaków świetnie rozumiem, oni muszą mieć u siebie Stare Miasto, bo wszystko co jest poza nim, jest już nowe, choćby taki Pałac Kultury i Nauki.

Majsterkowanie przy nazywaniu miejsc publicznych to sprawa delikatna i często niewdzięczna, wiem po sobie. Kiedyś dane mi było zasiadać w wysokiej magistrackiej komisji do spraw nazewnictwa ulic. Poczułem wtedy, że w moją stronę powiał wiatr historii, stanąłem przed szansą pozostawienia po sobie trwałego śladu w swoim mieście. Dla głównej arterii powstającego właśnie Osiedla XXX-lecia (dziś to Krowodrza Górka) zaproponowałem nazwę Krowoderskich Zuchów, upamiętniając tym tytuł sławnego wodewilu Stefana Turskiego, śpiewogry związanej z tą częścią Krakowa. No i nawarzyłem sobie kłopotów. Bo kiedy zamieszkałem przy tej ulicy, okazało się, że jej przydługa nazwa nijak nie mieści się w przeznaczonych na to kratkach czy linijkach wszelakich druków urzędowych. A poza tym bolą mnie zęby i głowa od ciągłego objaśniania, kim byli i kim są Krowoderskie Zuchy.

Ktoś kiedyś – nie wiadomo kto i kiedy – nazwał to wszystko, co znajduje się w otulinie Plant, to znaczy nasze krakowskie Śródmieście, całkiem po warszawsku Starym Miastem. Po co ten przekręt?

Na moim rodzinnym Półwsiu Zwierzynieckim także zajmowaliśmy się onomastyką (to nauka o nazwach własnych), ale to podyktowane było zawsze wyższymi racjami. Była u nas na przykład ulica Krowia. Dlatego taka, bo pędzono przez nią bydło należące do Panien Zwierzynieckich (czyli norbertanek) na pobliskie Błonia. A że przy tym cuchnącym bydlęcymi odchodami trakcie zamieszkała (końcowe lata XIX wieku) bohaterka bijącego wszelkie rekordy powodzenia wodewilu Konstantego Krumłowskiego (Królowa Przedmieścia, czyli rzecz o pięknej Mańce z Półwsia Zwierzynieckiego) trzeba było tę nazwę zmienić. No i w ten sposób nasza eksportowa piękność, markowy towar całej dzielnicy, zamieszkała przy ulicy Senatorskiej. I jeszcze coś z mojego podwórka. Jako kilkuletni smarkacz chadzałem ścieżką u podnóża lewego wału Rudawy, na którym zawsze pasły się kozy. Okazało się potem, że to ulica nie Kozia, ale Kasztelańska. Ale to wynika – taka już nasza natura – z wrodzonej zwierzynieckiej dumy.

To wszystko już było, minęło. Gorzej, że pobudzeni nawoływaniem do dobrej zmiany jacyś nowi apostołowie zaczynają oto objawiać owoce swoich twórczych przemyśleń. Parkowi Krakowskiemu (ta nazwa ma już 133 lata) ktoś, i to nie kiedyś, ale całkiem niedawno, nadał imię Marka Grechuty. Komu ten wspaniały i ceniony artysta naraził się aż tak bardzo, że przy użyciu jego nazwiska postanowiono ulepszyć (czyli poszerzyć, a właściwie podmienić) od lat zakotwiczoną w powszechnej świadomości historyczną nazwę tego ogrodu? Komu była potrzebna ta niepraktyczna, barokowa figura językowa?

Jeśli ktoś koniecznie już musi majsterkować w tym rzemiośle, to owszem, jest jeszcze sporo do roboty. Podpowiem. Ulicę Krakowską na Kazimierzu można zmienić na imienia Kazimierza Wielkiego, ten król założył kiedyś miasto za Wisłą. Wawel mógłby być imienia Kraka, legendarny książę tam przecież mieszkał. Planty trzeba okrasić Florianem Straszewskim, sadził tam drzewa. Rynek wypada przypisać Bolesławowi Wstydliwemu, ten Piast kazał ten plac wytyczyć. Barbakan należy się Janowi Olbrachtowi, on tę twierdzę budował. Taką listę ciągnąć można w nieskończoność. Kłopot pojawi się dopiero przy Sukiennicach, tu kandydatów do nazwy będzie aż za wielu. Dlatego więc na tym już kończę. 

 

Mieczysław Czuma – profesor krakauerologii, redaktor niehabilitowany.

 

 

Całość tekstu w miesięczniku „Kraków”, styczeń 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl



Z najwyższej półki: Jan Józef miałby sto lat
- Krzysztof Burnetko

Bedeker krakowski: Kraków, czyli czas przyszły!
- Iga Dzieciuchowicz

Pasy pany: Jedyny taki klub w Unii Europejskiej
- Jerzy Pilch

Na czerwonym świetle

Witryna fotoreporterów