Prawo i obyczaje

Profesor Leon Wachholz

Email

W tym roku przypada 150. rocznica urodzin i 75. rocznica śmierci profesora Leona Wachholza, jednej z ciekawszych postaci dziejach nauki krakowskiej. Medyk sądowy, autor pierwszego nowoczesnego polskiego podręcznika medycyny sądowej, do której wprowadził badania eksperymentalne. Wychowawca i nauczyciel profesorów, którzy później objęli w niepodległej Polsce wszystkie uniwersyteckie katedry tej dyscypliny. Ale zainteresowania naukowe Wachholza nie ograniczały się tylko do medycyny sądowej. Był on też wybitnym kryminologiem, którego prace o przyczynach przestępstw stawiają go w jednym szeregu z najwybitniejszymi kryminologami tamtych czasów.

Zajmował się także historią medycyny i psychiatrią sądową. Był znawcą i wielbicielem teatru i literatury. Wydał u Gebethnera i Wolfa swój przekład Fausta Goethego.

Pochodził z spolonizowanej rodziny niemieckiej. Jego ojciec, Antoni Wachholz, był profesorem historii i przez jakiś czas nawet rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Początkowo wykładał po niemiecku, a w dobie autonomii galicyjskiej, gdy na Uniwersytet wrócił polski jako język wykładowy, wykładał po polsku. Zmarł młodo, zostawiając żonę z kilkorgiem dzieci. Dzieciństwo Leona Wachholza nie było łatwe, tym bardziej, że wkrótce zmarła też matka, a jego wychowaniem zajęły się starsze siostry.

Po ukończeniu gimnazjum św. Jacka rozpoczął w roku 1885 studia lekarskie. Z końcem XIX wieku Uniwersytet Jagielloński przeżywał najlepszy bodaj okres w całych swych kilkusetletnich dziejach. Na wydziale lekarskim pracowało wówczas wielu uczonych miary światowej. Dość wymienić wybitnego anatoma Ludwika Teichmanna, fizjologa Napoleona Cybulskiego, bakteriologa Odona Bujwida czy chirurga Ludwika Rydygiera, wreszcie ginekologa i położnika, a przede wszystkim propagatora wychowania fizycznego Henryka Jordana. Medycynę sądową wykładał Leon Blumenstock (w 1892 zmienił nazwisko na Halban). Miał więc Wachholz znakomitych profesorów, a wkrótce kolegów. Studia ukończył w roku 1890, habilitował się cztery lata później, przez rok wykładał medycynę sądową na Wydziale Prawa Uniwersytetu Lwowskiego, powrócił do Krakowa, gdzie w roku 1896, w wieku lat 29, został profesorem nadzwyczajnym, a rok później zwyczajnym.

Nie bez powodu jego dorobkiem naukowym interesują się do dziś nie tylko historycy medycyny, ale także medycy sądowi i kryminolodzy. Dorobek ten, mimo upływu czasu, wciąż w dużej mierze pozostaje aktualny i inspirujący. Tu chciałbym jednak przypomnieć inną stronę działalności Wachholza, mało znaną i przemilczaną, ale jakże charakterystyczną dla środowiska naukowego Krakowa przed I wojną światową: aktywność na polu kultury. Były to czasy, kiedy profesorowie różnych dyscyplin spotykali się nie tylko na seminariach w Akademii Umiejętności , ale także w teatrze, na wystawach malarstwa, spędzali razem czas w kawiarniach, gdzie dyskutowali o sztuce i literaturze. Elita intelektualna i artystyczna małego, niespełna 100-tysięcznego Krakowa stanowiła jedno, wzajemnie się inspirujące środowisko.

Wachholz wspominał w swych niepublikowanych pamiętnikach: „Na samym towarzystwie kolegów [lekarzy] nie poprzestawałem. Umysł mój potrzebował stale duchowej, artystycznej strawy. Przejawiało się to u mnie przez całe życie szukaniem towarzystwa w gronie wybitnych jednostek ze świata literackiego, muzycznego i w ogóle artystycznego. W latach studenckich byli: Kazimierz Tetmajer, Wyspiański, Rydel, Mehoffer (...) w późniejszym życiu Jacek Malczewski, Konstanty Laszczka, Leon Wyczółkowski, Teodor Axentowicz, Stanisławski, Włodzimierz Tetmajer – ze świata plastyków, a Antoni Małecki, Roman Pilat, Ignacy Chrzanowski, Orkan, (...) Żeromski, Boy-Żeleński ze świata literackiego (...) Ze świata sceny znałem i spędziłem miłe chwile na rozmowie z Solskim, Kamińskim, Stępkowskim”.

Mało znana, podejrzewam – także biografom Wyspiańskiego – jest jego znajomość z Wachholzem. Panowie poznali się w czasach studiów Wachholza u państwa Brudzewskich we dworze w Korabnikach pod Skawiną. Tam spotykali się kilkukrotnie. O Wyspiańskim w Korabnikach Wachholz wspominał tak: „podbiłem go sobie gruntowną znajomością dzieł Słowackiego i Szekspira, z których mnóstwo znałem na pamięć”.

Jeden z tych pobytów, z wiosny 1888, Wyspiański uwiecznił we fragmencie dramatycznym zatytułowanym Liga żółtych kwiatów. Jedna z postaci dramatu, „Leon”, została rozszyfrowana przez Feldmana jako sam Wyspiański. Wachholz natomiast w literackim „Leonie” rozpoznał siebie. Sprawa stała się nawet w latach 30. przedmiotem polemik w prasie krakowskiej. Nie wiem, jak ten spór rozstrzygnęli ostatecznie historycy literatury. Obojętne, czy Wachholz był „Leonem” w Lidze żółtych kwiatów czy nie był, faktem jest, że był dobrym znajomym Wyspiańskiego.

Jest rzeczą ciekawą, że zajmując się na co dzień medycyną sądową, mając do czynienia z wszystkim, co w życiu ludzkim najbrudniejsze, splugawione, ze zbrodnią i jej ofiarą, szukał instynktownie czegoś pięknego i szlachetnego. To poszukiwanie piękna kierowało go ku literaturze i sztuce. Gdy w wyniku reformy jędrzejewiczowskiej (takiej przedwojennej „dobrej zmiany”) stracił uniwersytecką katedrę, poświęcił się literaturze, szukając w niej swoistego pocieszenia. Tłumaczył na język polski Goethego, Schillera, Heinego. Pisał sam wiersze, prace z pogranicza filozofii i medycyny, z historii medycyny.

Ten okres jego twórczości i sama twórczość nie doczekały się dotąd opracowania, podobnie jak jego pamiętniki, znajdujące się w rękopisie w Bibliotece Jagiellońskiej, dokąd trafiły po śmierci jego córki w latach 70. XX wieku. Szkoda, że nikt nie pokusił się o ich wydanie, bo to ciekawy przyczynek do dziejów Krakowa, dziejów Uniwersytetu, dokument obyczajowy pokazujący życie, poglądy polityczne i mentalność krakowskiej elity na przestrzeni od końca XIX wieku aż po wybuch II wojny światowej.

6 listopada 1939 roku wraz z innymi profesorami Uniwersytetu Jagiellońskiego aresztowany w ramach Sonderaktion Krakau, wrócił do Krakowa w lutym 1940 roku, w stanie skrajnego wyczerpania. Zmarł 1 grudnia 1942 roku. Pochowany został w rodzinnym grobowcu na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Na grobowcu brak jednak tablicy z jego imieniem. Może ten brak uzupełnią jego następcy w 75 lat po pogrzebie?

 

Tekst z lutowego numeru „Krakowa”.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl

Strona 5 z 9