Prawo i obyczaje

Obsesja rozliczeń

Kiedy przed kilkunastu laty uchwalano ustawę lustracyjną, jej filozofia była taka: jeśli ktoś służył w organach bezpieczeństwa PRL, albo z nimi tajnie współpracował, to karać go za to nie wolno. Nie wolno, bo wtedy kiedy to robił, nie było to przez prawo zakazane, a prawo, jak wiadomo, nie może działać wstecz, o czym informuje łacińska zasada lex retro non agit. Jeśli służąc lub tajnie współpracując popełnił przestępstwo, to ma za nie odpowiadać wedle zasad kodeksu postępowania karnego przed sądem. Jeśli jednak żadne przestępstwo nie zostało mu udowodnione, nie został za nic prawomocnie skazany, to jest traktowany tak jak każdy niewinny. Bo służy mu domniemanie niewinności. Ponieważ sam fakt służby lub tajna z nią współpraca nie były przestępstwem, z tej racji tego, który służył lub tajnie współpracował, nie może spotkać żadna sankcja prawna. Lustracja zobowiązywała jedynie do ujawnienia służby lub tajnej współpracy w oświadczeniu lustracyjnym, które musieli składać członkowie najwyższych władz państwowych (ministrowie, wiceministrowie, posłowie, senatorowie, szefowie urzędów centralnych itp. a nadto sędziowie, adwokaci, prokuratorzy). Późniejsze zmiany ustawy krąg ten rozszerzyły do granic absurdu. Ale zasada była jedna, wynikająca z norm cywilizowanego państwa prawa: sankcje groziły nie za niegdysiejszą służbę lub współpracę, ale za zatajenie tego w postępowaniu lustracyjnym, poprzez tak zwane „kłamstwo lustracyjne”.

Takie prawo uchwalono, gdy w elitach politycznych znajdowali się ludzie autentycznie prześladowani przez komunistyczny reżim. Którzy byli więzieni, internowani, wyrzucani z pracy.

Minęło akurat tyle lat, by zmieniło się pokolenie. Dziś głos decydujący należy do ludzi, którzy co najwyżej dzieciństwo przeżyli w PRL-u, a całe dorosłe życie już w wolnej Polsce. Ludzi, którzy przez bezpiekę nie byli szykanowani, więzieni czy choćby internowani w stanie wojennym. Okazuje się, że chęć walki z komuną (która wedle Joanny Szczepkowskiej skończyła się w Polsce 4 czerwca 1989 roku, a wedle niektórych ustaw 31 grudnia 1989) jest w tym pokoleniu silniejsza, a przywiązanie do zasad państwa prawa jakby luźniejsze. Na tyle luźne, że nie widzą nic złego w obniżaniu emerytur i rent byłym funkcjonariuszom nie tylko za służbę w okresie PRL, ale także za lata przesłużone w czasach III Rzeczypospolitej. Nie widzą nic złego w tym, że byłych funkcjonariuszy, którzy przeszli weryfikację i służyli III RP, uznali z mocą wsteczną za niezdolnych do wypracowania sobie emerytury jaką równolegle z nimi wypracowali sobie ci, którzy do służby przyszli po 1990 roku. Mało tego, ci którzy przeszli weryfikację, podjęli służbę w organach wolnego państwa i w służbie dla niego ryzykowali życiem - na przykład w operacji „Samum” (i wielu podobnych, acz nienagłośnionych) - będą mieli obniżone emerytury. Natomiast ci, którzy do weryfikacji w 1990 roku nie stanęli, albo jej nie przeszli, tylko poszli pracować poza służbami, spokojnie od tego czasu wypracowali sobie emerytury ZUS-owskie, których ustawa im nie obniża. Jak widać, ustawa zwana „deubekizacyjną” jest nie tylko głęboko niesprawiedliwa, ale dodatkowo po prostu głupia.

Zmiana filozofii lustracji uwidoczniła się też w projekcie projektu ustawy o szkolnictwie wyższym, który z taką pompą ujawnił na Kongresie Nauki Polskiej wicepremier i minister nauki i szkolnictwa wyższego w jednej osobie Jarosław Gowin. Otóż ten projekt przewiduje nie lustrację na dotychczasowych zasadach osób mających zająć różne stanowiska w administracji nauki, ale zakaz ich zajmowania przez osoby które służyły, pracowały lub współpracowały z organami bezpieczeństwa PRL. Zatem karane ma być nie, jak dotąd, ewentualne „kłamstwo lustracyjne”, ale postawa sprzed lat kilkudziesięciu, która wówczas nie była zakazana. Projekt ustawy przewiduje też, że stanowisk tych nie mogą poza tym sprawować osoby, które ukończyły 70. rok życia. Szansa, że w tej sytuacji wśród kandydatów na te stanowiska będą osoby, które zdążyły jeszcze w PRL-u służyć w organach bezpieczeństwa PRL jest niewielka i cała sprawa ma raczej charakter symboliczny, żeby nie powiedzieć: magiczny. Gorzej ze współpracą. Dotychczasowe lustracje tropiły „tajną współpracę”, Trybunał Konstytucyjny i orzecznictwo sądowe wypracowały nawet zakres tego pojęcia. Teraz w projekcie ustawy pojawia się każda współpraca, nawet jawna. Co było jawną współpracą? Może praca prokuratora? (ale na pewno nie Piotrowicza!) Sędziego? (ale na pewno nie Kryżego!). Ale będzie zabawa!

Pan Jarosław Gowin, deubekizator nauki, urodził się w 1961 roku. Gdy upadał PRL był już dość dużym chłopcem, miał 28 lat. Zatem co najmniej 10 lat dorosłego życia spędził w PRL-u. Miał lat 20, gdy wprowadzono stan wojenny. Można więc sądzić, że ten zaciekły antykomunista i deubekizator nauki rzucił się wtedy jak wielu jego rówieśników w wir walki z komuną. Chyba jednak nie, w każdym razie bezpieka takiej jego działalności nie zauważyła. W Biuletynie Informacji Publicznej IPN, w katalogach osób publicznych, można to sprawdzić. Jedyne akta Jarosława Gowina z czasów PRL będące w zasobach IPN to… akta paszportowe. Jeździł gdzieś za granicę dzisiejszy Pan Wicepremier. Tyle. Ani śladu jakiegoś rozpracowania operacyjnego, czy chociażby operacyjnego sprawdzania, którego byłby figurantem. I ja mu tego nie mam za złe. Postawy społeczeństwa rozkładają się zawsze według krzywej Gaussa: tyle samo jest herosów, co kanalii, a najwięcej jest tych, którzy chcą jakoś przeżyć, nie podpaść, nie narazić się, jak nie trzeba, to świństwa nie zrobią, chyba, że ze strachu. Nikt nie ma obowiązku być herosem.

Ale skąd teraz u tych ludzi taka pasja rozliczania, dekomunizacji, deubekizacji? Pasja obca tym, którzy z tą komuną naprawdę walczyli i sporo w jej czasach wycierpieli. Czyżby jakieś przełamywanie głęboko skrywanego kompleksu?

A swoja drogą, czy im nie przeszkadza, nie rani ich delikatnej duszy, nie koliduje z ich deklarowaną na każdym kroku moralnością, że są w jednym obozie politycznym z byłym prokuratorem stanu wojennego, byłym działaczem komunistycznego ruchu studenckiego, który na początku lat 80. chciał ratować PZPR, a teraz doradza prezydentowi w delikatnych sprawach, z byłym fałszywym faraonem, który okazał się być konfidentem SB, z wywodzącym się z Ludowego Wojska Polskiego mocno podstarzałym bardem czy wreszcie z poetą byłym ZMP-owcem?

Oj, „spisane będą czyny i rozmowy”, jak zapowiedział poeta, usunięty za karę z kanonu lektur.

 

Jan Widacki

 

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, październik 2017.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl

Strona 1 z 10