Narzędzia

Dokładnie 100 lat temu Kasa Oszczędności Miasta Krakowa wykupiła Las Wolski od spółki tartacznej i ofiarowała go społeczeństwu Krakowa

Rozmowa z drem Józefem Skotnickim, od 43 lat dyrektorem Miejskiego Parku i Ogrodu Zoologicznego w Krakowie

- Mało kto już wierzy, że zwierzęta w Wigilię mówią ludzkim głosem. Ale czy przynajmniej w jakiś sposób próbują się z nami, ludźmi, komunikować?

– Na podstawie swojego wieloletniego doświadczenia, ale także wykształcenia, bo jestem biologiem, uważam że zwierzęta potrafią znakomicie komunikować się zarówno między sobą, jak i porozumiewają się doskonale ze swoimi opiekunami. Czynią to całą swoją postawą, sylwetką, ogólnie: zachowaniem. Na przykład pszczoła kapitalnie porozumiewa się ruchem. Trajektoria lotu, odpowiednie zawijasy informują precyzyjnie pobratymców, czyli inne pszczoły z ula, o odległości i kierunku, w jakim trzeba lecieć, by trafić na źródło nektaru. A także o jego rodzaju.

- A ludzkim głosem?

- Być może... Ja jednak nigdy nie słyszałem, choć obcuję z wyjątkowo dużą liczbą różnych zwierząt na co dzień od ponad 40 lat...

- Papugi?

- Papuga naśladuje, powtarza to, co wcześniej usłyszała i zapamiętała. W zasadzie imituje dźwięki. Nie tylko zresztą ona, ale na przykład także gwarek. To ptak z rodziny szpakowatych mieszkający w południowo-wschodniej Azji, na terenie Pakistanu, Bangladeszu i Indii, który powtarza słowa nawet wyraźniej niż papuga, z soczystym „r” i właściwą intonacją. Kiedy tu przyszedłem, mieliśmy dwa takie gwarki, które rezydowały w wolierze umieszczonej w tzw. pokoju dydaktycznym. Reagowały na otwieranie drzwi i mówiły „Dzień dobrrryy”. Znały kilkanaście słów: „Leszek”, „Władek”, „lubię cię”, przeklinały. Uczą się jedynie we wczesnej młodości i zapewne tego nauczyli je podczas długiego rejsu marynarze, którzy przywieźli je do Polski. Nie używały tych słów w sposób rozumny, ale mimo to przypadkiem potrafiły czasami znakomicie spointować sytuację. Przez długi czas byliśmy jako ZOO przedsiębiorstwem państwowym i wchodziliśmy w skład zjednoczenia przedsiębiorstw gospodarki komunalnej, obok MPK, MPO, MPEC, wodociągów, cmentarzy... Dyrektor zjednoczenia, bardzo zdystansowany pan o tubalnym głosie – pomińmy teraz jego nazwisko – miał zwyczaj zwoływania posiedzeń kolegium zjednoczenia w terenie, czyli w poszczególnych przedsiębiorstwach. Gdy padło na nas, zorganizowaliśmy zebranie w owym pokoju dydaktycznym z gwarkami, bo nie mieliśmy innego miejsca. Zaczęło się od słownej reprymendy z ust dyrektora zjednoczenia. Gdy skończył, zaległa złowroga cisza, którą przerwał gwarek jednym słowem: pierrrdoła! Znowu nastała cisza. Pierwszy śmiechem wybuchł – na szczęście niepozbawiony poczucia humoru – dyrektor zjednoczenia, potem ja, a na końcu: wszyscy. Oba gwarki znały także melodię „wlazł kotek na płotek”, którą gwizdały. To było coś wspaniałego, bo gwizdały ją na dwa głosy. Pierwszy rozpoczynał i po zwrotce przerywał niczym hejnalista na wieży Mariackiej trafiony strzałą Tatarzyna, po czym kontynuował melodię drugi. Podobnie gwizdały Marsyliankę.

- Kiedy Pan trafił do ZOO?

- Dość już dawno! Dokładnie 2 stycznia 1975 roku. A więc 43 lata temu.

- Jest Pan chyba najstarszym i najdłużej urzędującym dyrektorem Rzeczypospolitej. W jednym zakładzie pracy, na tym samym stanowisku!

- Nie sprawdzałem tego, ale jest to bardzo prawdopodobne...

- To był przypadek, zbieg okoliczności czy realizacja dziecięcych marzeń?

- Nigdy nie miałem takich marzeń. Skończyłem biologię na UJ i bezpośrednio po studiach rozpocząłem pracę w Instytucie Zootechniki. Początkowo w Zakładzie Doświadczalnym w Balicach, a później, po odrobieniu tzw. stażu, pracowałem w laboratorium na Sarego, które mieściło się w przedwojennym budynku banku Holzera. Pięć lat po studiach obroniłem pracę doktorską i jako młody naukowiec wyjechałem na roczne stypendium do Instytutu Maxa Plancka w RFN. Po powrocie kontynuowałem pracę nad rozprawą habilitacyjną, którą rozpocząłem jeszcze w Niemczech. Pewnego dnia otrzymałem telefon od Mariana Sambora, ówczesnego naczelnika dzielnicy Krowodrza – z zaproszeniem na spotkanie, podczas którego padła propozycja objęcia stanowiska dyrektora ZOO. Powiedziałem, że muszę się zastanowić. I zastanawiałem się trzy miesiące. Sytuacja w ZOO była dość trudna. Poprzedniego dyrektora odsunięto, powołano nawet zarządcę komisarycznego wywodzącego się z „wodociągów”. Naczelnik naciskał. A ja w końcu zdecydowałem się. I nie żałuję tamtej decyzji, choć na początku nie było łatwo. Sytuacja była dramatyczna, zarówno jeśli idzie o bazę, zaplecze, jak i stosunek pracowników...

- Pracowników do zwierząt...?

- Przede wszystkim pracowników do mnie, a do zwierząt poniekąd też... Ale byłem młody, kreatywny – jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, pełen energii i woli działania. Co później przepłaciłem zawałem serca, a w czasach gdy nie było koronarografii i angioplastyki zawał kosił jak żniwiarz. Ale przeżyłem... Starsi mieszkańcy Krakowa zapewne pamiętają Las Wolski z gruntowymi ścieżkami i napowietrznymi liniami energetycznymi. A taka linia w lesie to tragedia, wystarczy jedno powalone drzewo i awaria gotowa. Na jej usunięcie wtedy czekało się tygodniami. Jak nie było prądu, to nie działały pompy w kotłowni i trzeba było się ratować mało sprawnymi i awaryjnymi agregatami prądotwórczymi... Nie będę narzekał. Każda epoka ma swój ład i obyczaj...

- Ilu prezydentów miasta Pan przeżył?

- Dziesięciu!

- To spróbujmy ich wymienić, bo to już kawałek historii...

- Zaczynałem za Jerzego Pękali, później był Edward Barszcz, po nim Józef Gajewicz, dalej Tadeusz Salwa, Jerzy Rościszewski, Jacek Woźniakowski, Krzysztof Bachmiński, Józef Lassota, Andrzej Gołaś i od 15 lat Jacek Majchrowski.

- Małpy w tym czasie nie założyły związku zawodowego i w dobie zmian nie zażądały zmiany dyrekcji?

- Nic mi o tym nie wiadomo. Być może doceniły to, że z roku na rok było coraz lepiej... W ZOO to widać. Widzą to zwiedzający, pracownicy, a i zwierzęta, myślę, że też to odczuwają...

- Krakowskie ZOO, a dokładniej Miejski Park i Ogród Zoologiczny, dość wcześnie, bo w 1992 roku stał się fundacją, na długo zanim stały się one modne, choć najprościej pewnie by było, gdyby był po prostu jednostką budżetową miasta Krakowa...

- Jako likwidator państwowego ZOO poszukiwałem najbardziej odpowiedniej i optymalnej formy organizacyjnej. Bo mimo wszystko jesteśmy instytucją dość specyficzną. Podam konkretny przykład: przychodzi faks (już wtedy takie były), że w Niemczech jest do uzyskania samiec tygrysa usuryjskiego, którego akurat potrzebujemy do pary. Decyzja musi zapaść niezwłocznie, gdyby szła poprzez uchwałę rady miasta, to nawet przy dużej dozie życzliwości radnych nie wyrobilibyśmy się w ciągu miesiąca. Jedna z największych krakowskich kancelarii prawnych rozważała trzy formy organizacyjne: jednostka budżetowa, spółka prawa handlowego i fundacja. Wyszło po dogłębnej analizie, że właśnie fundacja będzie najbardziej optymalna z naszego punktu widzenia. Ja uwarunkowałem to tylko prowadzeniem pełnej księgowości – tak jak w firmie państwowej.

- A jaką formę organizacyjną mają inne ogrody zoologiczne w Polsce?

- Większość z nich jest jednostkami budżetowymi. We Wrocławiu jest to spółka akcyjna, w Łodzi też ma być spółka, z tego co wiem, tylko my jesteśmy fundacją.

- W Krakowie mamy nie tylko ZOO, ale Miejski Park, czyli Las Wolski jako wspólny organizm.

- Jeszcze dwa lata temu, zanim powstał Zarząd Zieleni Miejskiej, władaliśmy wszystkimi lasami komunalnymi miasta Krakowa. Lasy oddaliśmy, zachowując jedynie Las Wolski. Zresztą nie wyobrażam sobie funkcjonowania ogrodu bez lasu, tu mamy grunty orne, na których uprawiamy zielonki – w zasadzie do pierwszych przymrozków. Pozyskujemy gałęzie z liśćmi np. dla żyraf, które są liściożerne. Las Wolski najpierw należał do rodu Czartoryskich, którzy w 1916 roku sprzedali go wraz ze wsią Wola Justowska spółce tartacznej. Ta zaczęła dość intensywnie eksploatować całe uroczysko wolskie. Dlatego też Las Wolski, obejmujący 335 hektarów, został wykupiony przez Kasę Oszczędności Miasta Krakowa dokładnie 100 lat temu, w 1917 roku, i ofiarowany miastu oraz jego obywatelom. Rada miasta podjęła uchwałę o ustanowieniu tu Parku Ludowego, najęto leśniczego Wincentego Wobra, który przystąpił do urządzania parku, spowodował opracowanie planu zagospodarowania, sprowadził trochę egzotycznych gatunków roślin. Ogród zoologiczny powstał trochę później, otwarto go 6 lipca 1929 roku w obecności Prezydenta RP Ignacego Mościckiego.

- Dzisiejszy świat skurczył się, wystarczy kilka kliknięć, by zobaczyć w internecie, jak wygląda najrzadsze zwierzę żyjące na ziemi, za mniej niż 2000 zł można polecieć dreamlinerem do Tajlandii, by oglądać słonie w ich naturalnym środowisku. Czy zmienia się też rola i funkcja współczesnych ogrodów zoologicznych?

- Zmieniła się technika i architektura ogrodów, większy nacisk kładziemy na zieleń. Być może pamięta pan z dziecinnych lat, że późną jesienią było u nas łyso i buro. Nie było krzty roślin zimozielonych. Zmieniliśmy to, postanowiłem wprowadzić zieleń, która nie tylko stanowiłaby tło, ale także oprawę dla zwierząt, dawała im poczucie bezpieczeństwa. Nawet gdy konstrukcję nowych pawilonów wylewamy z żelbetu, to okładamy je naturalnym kamieniem albo drewnem. Ogród ma już dzisiaj charakter botaniczno-zoologiczny, mamy tabliczki tłumaczące nazwy i pochodzenie poszczególnych roślin. Zmienił się diametralnie sposób pozyskiwania zwierząt, dawniej kupowaliśmy je od handlarzy, którzy odławiali je z natury. Dzisiaj w zasadzie w cywilizowanym i kulturalnym świecie zostało to wyeliminowane i bazujemy na zwierzętach, które mnożą się w niewoli. Wszystkie zwierzęta, które u nas są eksponowane, zostały urodzone w ogrodzie. One nie znają innych warunków. Na wolności zginęłyby, bo utraciły w zasadzie zdolność samodzielnego zdobywania pokarmu. W 1980 roku światowa rada dyrektorów ogrodów zoologicznych stworzyła strategię Zoo, z którą dotarliśmy do polityków i wysokich decydentów, tłumacząc, jaką rolę pełnią ogrody zoologiczne w społeczeństwie. Ludzie bez zwierząt nie mogliby właściwie istnieć. Strategia położyła główny nacisk na hodowlę, i to czystą genetycznie, oraz współpracę pomiędzy ogrodami, eliminującą handlarzy, którzy pokątnie sprzedawali zwierzęta często bez wymaganych zezwoleń. Oczywiście szanujący się ogród w taki sposób nie kupował zwierząt, ale zdarzały się te mniejsze, z ambicjami, które ulegały pokusie, gdy cena była atrakcyjna, a zwierzę rzadkie. Ogrody stały się w zasadzie ośrodkami hodowli gatunków ginących i zagrożonych wyginięciem. W tej chwili mamy w Krakowie 260 gatunków zwierząt, z czego 114 to gatunki ginące i zagrożone wyginięciem. Są to np. kondory wielkie. Jesteśmy notabene trzecim ogrodem na świecie, który rozmnożył i odchował w warunkach sztucznej inkubacji kondory. Początkowo zabieraliśmy jaja do inkubacji, bo zdarzyło się, że nadgryzła je kuna leśna. Teraz jednak para wychowuje swoje potomstwo samodzielnie. Łącznie mieliśmy 8 sztuk tak odchowanych kondorów. Z przychówku skojarzyliśmy też drugą parę. Z zagrożonych wyginięciem zwierząt należy też wspomnieć o panterach śnieżnych, manulach (koty z centralnej Syberii). Ostatnio urodziło się kilka młodych manuli. Jeden po odchowaniu poszedł do USA, drugi do Anglii, trzeci do Wrocławia. Do wysoce zagrożonych zwierząt należą też tygrysy usuryjskie, które rozmnażamy. Do rodzimych zwierząt, ściśle chronionych, należą rysie. Zoo w Krakowie jest rekordzistą w odchowie rysia, ryś o imieniu „Puch” żył u nas 30 lat, 1 miesiąc i 6 dni. Był najstarszym znanym rysiem na świecie. Znakomicie czują się u nas żyrafy Rotschilda. Teraz sprowadziliśmy pingwiny Humbolta. Zrezygnowaliśmy co prawda z rozmnażania szympansów, ale tylko do czasu budowy nowego pawilonu. W Singapurze, gdzie przyjmowano mnie w 1991 roku do Światowej Rady Dyrektorów Ogrodów Zoologicznych, przemianowanej wkrótce w Światowe Stowarzyszenie Ogrodów Zoologicznych i Akwariów, ustanowiliśmy specjalne projekty hodowlane dotyczące gatunków zagrożonych wyginięciem. Każdy z zagrożonych gatunków dostał swojego koordynatora, znającego się na konkretnym gatunku, by był w stanie kojarzyć najlepsze pary hodowlane pod względem genotypu. Ustaliliśmy wtedy, że zwierzętami do hodowli nie handlujemy, tylko przekazujemy je sobie nawzajem nieodpłatnie. Kiedy zbudowaliśmy wspaniałe wybiegi dla kotowatych i pojawiły się w Krakowie warunki do hodowli panter śnieżnych, zwróciłem się do koordynatora gatunku i przekazano nam nieodpłatnie samca pantery śnieżnej, a samicę najbardziej dla niego odpowiednią wskazano w Bratysławie. I w ten sposób skojarzyłem najlepszą pod względem genetycznym parę. Mimo że pantery śnieżne rozmnażają się dość trudno, łącznie urodziło się u nas 14 sztuk potomstwa. To przykład ilustrujący, jak ten wymyślony przez nas mechanizm pozwolił na wyeliminowanie handlu zwierzętami odławianymi w naturze. Co nie oznacza, że taki proceder w świecie nie istnieje. Mamy informację, że w Afryce populacja żyraf żyjących na wolności spadła w ciągu ostatnich 15 lat aż o 40 procent! A Afryka pochłonie każdego dolara, bo bieda jest tam straszna...

- Czy trafiają do ZOO jakieś kłopotliwe pamiątki z podróży?

- W pamięci utkwiła mi pani doktor, która z kontraktu w Sudanie przywiozła parę serwali, dowód wdzięczności tubylców. Dość szybko okazało się, że typowe mieszkanie w centrum Kielc nie jest dla nich najlepszym domem. Wtedy rozesłała listy z propozycję odsprzedaży do wszystkich ogrodów zoologicznych w Polsce. Wszyscy byli podobno zainteresowani, a ja wysłałem na drugi dzień samochód z moim asystentem i zaliczką. I proszę sobie wyobrazić, że miałem nosa, bo te serwale dały nam 16 sztuk młodych. Tę hodowlę kontynuujemy. Często zdarza się, że ktoś jakąś małpkę kupuje i potem, gdy nie może sobie z nią poradzić, chce ją nam odsprzedać. Małpa jest zwierzęciem rozrzutnym, połowę jedzenia, które dostaje, rozsypuje i niszczy, jest przy tym bardzo wścibska i ruchliwa. I absolutnie nie nadaje się do trzymania w domu...

- Jaki ma Pan pogląd na obecność zwierząt w cyrku?

- Bardzo negatywny. Ilekroć przyjeżdżał cyrk do Krakowa, zawsze nawiązywałem z nim kontakt. Względnie cyrk nawiązywał kontakt z nami, bo potrzebował paszy albo interwencji weterynaryjnej. Widziałem z bliska stan zwierząt, wielkość klatek... W dzisiejszej cywilizacji takie rzeczy nie mogą mieć miejsca. Ale funkcjonują jeszcze cyrki, które dysponują zwierzętami. Nasze obecne słonie, Baby i Citta, to słonie cyrkowe. I z tego powodu są po prostu niebezpieczne! Pielęgniarzom nie wolno wchodzić na wybieg, jak sprzątają wnętrze słoniarni, to zwierzęta muszą wypuścić na zewnątrz.

- Nie rozumiem...

- Tresura słoni cyrkowych – mniejsza o szczegóły – jest dość agresywna, żeby nie powiedzieć brutalna. A słonie mają dobrze rozwiniętą pamięć. I dokładnie pamiętają zdarzenia z młodości. Pamiętają też metody złych treserów.

- Teraz zapanowała moda na gigantyczne egzotaria, afrykanaria...

- Trzeba mieć umiar i patrzeć realnie. Nasz ogród położony jest w centrum przepięknego lasu – uroczyska wolskiego. To jest początek jury krakowsko-wieluńskiej. Nie możemy sobie pozwolić na powiększanie ogrodu kosztem cięcia starodrzewu. To byłoby nonsensowne. Dzisiaj nie tworzy się już ogrodów, które niczym Arka Noego miałyby prawie wszystkie gatunki. Jeśli nie mamy pandy wielkiej, to można sobie ją zobaczyć w Austrii, Wielkiej Brytanii i czy tam, gdzie one są. Zresztą panda wielka jest dobrem politycznym. To rząd chiński decyduje, kto i kiedy takie zwierzę dostaje. Z reguły w trakcie wizyt politycznych na najwyższym szczeblu głów państw, do których Chiny mają interes. Czasem ktoś mnie pyta, czemu nie mamy koali. Bo nas nie stać – odpowiadam. Cukierkami miętowymi ich się nie wykarmi. Mój przyjaciel, dyrektor wiedeńskiego zoo, raz w tygodniu musiał ściągać samolotem świeże liście eukaliptusa wprost z Australii. Afrykanarium wrocławskie widziałem w trakcie budowy, byłem też na otwarciu. Podziwiam! Gratuluję! Jeśli kogoś stać – to proszę bardzo. Ale proszę mi wierzyć, utrzymanie tylko parametrów morskiej wody, której są tam miliony litrów, to nie jest prosta sprawa. To kwestia zarówno nowoczesnej technologii, jak i pieniędzy. A trudno znacznie podnieść cenę biletów, bo wtedy spadnie frekwencja. Nie każdą rodzinę stać, by w weekend na bilety ze wszystkimi atrakcjami puścić kilkaset złotych... Jestem przeciwnikiem delfinariów. Nowa Zelandia zabroniła już ich budowy. Protesty z pochodami były nawet w Norymberdze, gdzie jest jedno z większych delfinariów kontynentalnej Europy. Delfiny to zwierzęta przestrzeni i wolności. Tam też czują się najlepiej.

- Obserwujemy teraz inne zjawisko. Dzikie zwierzęta żyjące do tej pory na wolności garną się do dużych miast. Dziki, sarny, jelenie, nawet niedźwiedzie to już niemal codzienność w naszym miejskim pejzażu. Co je przyciąga ?

- Kiedy zaczynałem pracę w Lesie Wolskim, nie było tu zupełnie dzików. Są u nas dopiero od 15–20 lat. Wspólnie z Instytutem Ochrony Środowiska robiliśmy badania, śledziliśmy je nawet przy pomocy nadajników GPS. Okazało się, że nawet przepływają Wisłę.

- Dlaczego tak się dzieje?

- Całe połacie terenów dawniej niezamieszkałych, gdzie sobie spokojnie przez lata bytowały, zostały teraz zajęte prze deweloperów, drogi, linie kolejowe, rozjazdy autostradowe. Tracąc swoje dawne środowisko, szukały nowej spokojnej enklawy, znalazły ją sobie w Lesie Wolskim i buszują u nas. Dawniej myśliwi obficie strzelali, teraz jest tu wiele domostw, więc odstrzał jest niemożliwy. Także myślistwo ma złe konotacje społeczne, więc się mniej strzela. Inne zwierzęta, jak na przykład niedźwiedzie, przyciąga łatwo zdobywana karma choćby ze śmietników, stąd ich ekspansja w kierunku zamieszkałych miejscowości.

- Dziękuję za rozmowę.

 

Notował: Jacek Balcewicz

 

Na zdjęciach: 1) Józef Skotnicki / fot. MPiZOO; 2) Lew azjatycki, 3) Żyrafa Rothschilda, 4) Pingwiny Humboldta, 5) Tygrys usuryjski, 6) Arui (owce grzywiaste) / fot. Jacek Balcewicz.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, grudzień 2017.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl



Wakacje z „Krakowem”

Smocze jajo: Skromni i gościnni
- Mieczysław Czuma

Polecamy

Witryna fotoreporterów