Chcielibyśmy być jak najdłużej piękni i młodzi. I wydaje się, że są na to coraz większe szanse. Zapewniają nas o tym lekarze medycyny estetycznej i coraz lepiej wykształcone kosmetyczki oraz kosmetolożki. Przekonują, że możemy zlikwidować oznaki starości i zachować młody wygląd twarzy oraz sylwetki, że jesteśmy w stanie przeciwstawić się niszczącej sile czasu, a choćby ją pohamować.

Proponują różne zabiegi, niektóre brzmią zagadkowo, ale i obiecująco - iniekcje toksyny botulinowej, wypełnianie kwasem hialuronowym (oczywiście: zmarszczek), mezoterapia, resurfacing skóry, makijaż permanentny, ale i redukcja tkanki tłuszczowej, modelowanie owalu twarzy, powiększanie ust i piersi, rzeźbienie sylwetki, liposukcja, odmładzanie okolic intymnych.

I ludzie coraz częściej z nich korzystają, bo młodość i uroda stały się ważnym atutem w życiu osobistym i zawodowym. Zresztą już nie tylko kobiet. Są też osoby obsesyjnie nieakceptujące swojego wyglądu, co nazywa się dysmorfofobią, które ciągle poddają się zabiegom odmładzającym twarzy i sylwetki.

Uroda albo życie

Jednak co jakiś czas zachwyt nad technikami odmładzania i poprawiania urody gasi tragiczna wiadomość – ktoś umiera tylko dlatego, że chciał poprawić urodę. Głośno było ostatnio o kobiecie, która zmarła po liposukcji (odsysaniu tłuszczu), inna nie obudziła się dotąd po operacji powiększania piersi. Cóż, błąd lekarski może zaistnieć w przypadku każdego zabiegu czy operacji. Tylko jakoś łatwiej się z tym pogodzić, gdy jej przeprowadzenie było koniecznością.

Niemało osób wychodzi z gabinetów medycyny estetycznej czy kosmetycznych z wirusem zapalenia wątroby WZW C (żółtaczki), a to zakażenie może nawet z czasem doprowadzić do śmierci. Żyje na świecie ok. 185 mln zakażonych wirusem HCV (ang. Hepatitis C Virus). Ci, którzy nie zostaną wyleczeni, będą zakażać innych, a u ok. 30 proc. z nich wystąpi z czasem marskość lub rak pierwotny wątroby. Przypuszcza się, że co setny mieszkaniec Polski zakaził się kiedyś tym wirusem, u części z nich został on wyeliminowany samoistnie, ale u ponad połowy rozwinęło się przewlekłe wirusowe zapalenie wątroby - takich osób aktywnie zakażonych jest u nas ok. 230 tys. Co rok wykrywa się w naszym kraju 2–3 tysięcy nowych zachorowań wywołanych HCV. Jest to jedno z największych zagrożeń zdrowia publicznego.

Dzisiejsze zachorowania są efektem zakażenia sprzed lat, w czasie transfuzji krwi i preparatów krwiopochodnych, dializy, zabiegów endoskopowych albo chirurgicznych. Jednak obecnie częściej dochodzi do zakażeń właśnie w gabinetach kosmetycznych czy medycyny estetycznej, u dentysty, fryzjera, przy wykonywaniu tatuaży, piercingu, u manikiurzystki... wszędzie tam, gdzie następuje przerwanie ciągłości tkanek, czyli nakłucie czy nacięcie skóry albo błon śluzowych i kontakt z krwią. Niebezpieczeństwo zakażenia istnieje też oczywiście przy wstrzykiwaniu narkotyków. Podobną drogą można się zarazić wirusem HiV, chorych na AIDS także przybywa. Toteż przestrzeganie zasad higieny i sterylizacja w gabinetach urody są tak ważne.

Nie mówiąc już o innych czyhających tam zagrożeniach - niebezpieczeństwie odczynów alergicznych, groźnego dla życia wstrząsu anafilaktycznego czy różnych powikłań. Ale któż myśli o tym, gdy absorbuje go tylko jeden cel - by wyglądać młodziej i piękniej.

Pacjent czy klient?

Kiedyś pielęgnowaniem i poprawianiem urody zajmowały się wyłącznie kosmetyczki. Przed wojną zawód ten zaliczany był do medycznych, kosmetyczki należały do Izby Felczerów. Dzisiaj, chociaż są znacznie bardziej wykształcone, ich pracę zaliczono do usług, a ich działalność jest od dawna podporządkowana Ministerstwu Gospodarki.

Intratnym zajęciem poprawiania urody zajmują się także coraz powszechniej lekarze, i to różnych specjalności. Podejmują zabiegi na ogół trudniejsze, inwazyjne, głębiej ingerujące w organizm. Odmładzaniu i urodzie poświęcają swoją medyczną wiedzę nie tylko dermatolodzy czy chirurdzy specjalizujący się w operacjach plastycznych, ale i okuliści korygujący opadające powieki, laryngolodzy rzeźbiący nosy niezadowalające swych właścicieli, stomatolodzy, którzy dzisiaj nie tylko leczą zęby, ale też wybielają je czy ustawiają zgryz, a często też powiększają usta. Z kolei ginekolodzy i urolodzy poprawiają wygląd intymnych części ciała. Nawet pediatrzy, onkolodzy czy kardiolodzy, po kursach medycyny estetycznej, wykonują czasem zabiegi poprawiające urodę.

Już od lat funkcjonuje pojęcie lekarza medycyny estetycznej, który po zdobyciu dyplomu lekarskiego ukończył podyplomową szkołę o takim właśnie kierunku, poznając nie tylko techniki zabiegów estetycznych, ale i zagadnienia psychologii czy wiedzę o procesach starzenia oraz sposobach utrzymywania dobrej kondycji ciała. Nie ma jednak pozycji „medycyna estetyczna” w wykazie specjalizacji medycznych. Zabiegi estetyczne nie są więc świadczeniem medycznym, o czym kosmetyczki często lekarzom przypominają, sugerując, by zajmowali się leczeniem, bo do tego są powołani - i nie odbierali im pracy.

Kosmetyczki intensywnie się kształcą. Kończą nie tylko licencjaty, ale też zdobywają stopień magistra i zostają kosmetologami, po czym oferują coraz bardziej skomplikowane, ale i obiecujące usługi. Ich zawód nie jest jednak wpisany do rejestru zawodów medycznych. A mimo to niektóre z nich sięgają coraz odważniej po skomplikowane urządzenia i preparaty – lasery dermatologiczne, różne wypełniacze, w tym kwas hialuronowy i botulinę, ponoć nawet narzędzia do mikrochirurgii.

Z zakupem preparatów przeznaczonych do zabiegów wykonywanych przez lekarzy nie mają większych trudności. - Mamy wiele doskonałych produktów, wypełniacze, pilingi, osocze bogatopłytkowe o właściwościach regenerujących, które sprzedajemy wyłącznie lekarzom - twierdzi dr Andrzej Dziedzic z firmy Laboratorium Estetyki LEA Futur Sp. z o.o. - Gdy jednak odmówimy ich sprzedaży kosmetyczce czy kosmetologowi, słyszymy często odpowiedź, że w takim razie nabędzie je w Internecie i to po niższej cenie. Myślę, że nie są to produkty tak dobrej jakości jak nasze, a niektóre wręcz niebezpieczne, ale tańsze. W gabinetach kosmetycznych proponuje się też takie same usługi jak w gabinetach medycyny estetycznej, ale za mniejsze kwoty, dlatego niektórzy chętnie z nich korzystają.

Lekarze dowodzą, że ich wiedza medyczna gwarantuje pacjentowi większe bezpieczeństwo niż ma klient gabinetu kosmetycznego. - Sytuacja pacjenta w gabinecie lekarza medycyny estetycznej jest zupełnie inna niż klienta w gabinecie kosmetycznym - twierdzi dr Anna Żurowska-Iskrzycka zajmująca się dermatologią i kosmetyką lekarską. - My patrzymy na człowieka całościowo, uwzględniamy przebyte przez niego choroby, które mogą być przeciwwskazaniem do zabiegu czy wymagać specjalnego zabezpieczenia, zachowujemy tajemnicę lekarską, zapewniamy sterylne warunki. A jeśli się okaże, że pacjent jest uczulony na stosowany preparat, wiemy, jak postępować. Nawet gdy nastąpi wstrząs anafilaktyczny, bo nigdy do końca nie da się tego wykluczyć. W każdym gabinecie jest odpowiedni zestaw przeciwwstrząsowy i umiemy się nim posłużyć. A kosmetyczka czy kosmetolog będą w takiej sytuacji bezradne. Patrzę z przerażeniem na podejmowanie przez nie coraz bardziej skomplikowanych zabiegów, wiążących się z naruszeniem ciągłości tkanki i kontaktem z krwią. Ich klienci nie są dostatecznie świadomi zagrożenia, te obcobrzmiące nazwy zabiegów wprowadzają w błąd. Zwykle nie znają producenta ani nazwy produktu użytego do zabiegu. Toteż często następują powikłania, z którymi potem klienci gabinetów kosmetycznych trafiają do lekarzy.

Kosmetolog Małgorzata Gajewska temu przeczy. - Kosmetyczki uczą się zawodu przez dwa lata, kosmetolodzy trzy albo pięć, potem kończą różne drogie kursy (które zresztą prowadzą lekarze), by zdobyć uprawnienia do wykonywania konkretnych zabiegów. Jesteśmy więc do nich przygotowane, zwykle nie gorzej niż lekarze. Nie ma u nas przyzwolenia na kupowanie jakichś podejrzanych produktów i stosowanie ich w gabinetach. Choć przedstawiciele różnych firm oferują nam preparaty za darmo, do wypróbowania. Odpowiadam wtedy, że nie będę ryzykować i oszczędzać na swoich klientkach. Wykonując zabiegi jesteśmy nie mniej ostrożne i uważne niż lekarze, tym bardziej, że często słyszymy, iż oni zawsze jakoś się wybronią. Zresztą z nimi współpracujemy.

Podobne zdanie ma Beata Wątorska, prezes Stowarzyszenia Na Rzecz Rozwoju Kosmetologii „Przyjazna Kosmetyka”.  - Nazywanie zabiegów związanych 'stricte' z zakresem pracy kosmetologów medycyną estetyczną prowadzi do wielu nieporozumień i nadużyć… - napisała w „Rynku Kosmetycznym. - Bardzo irytujące są doniesienia o licznych powikłaniach po zabiegach wykonywanych przez kosmetyczki, jakich nikt nie potwierdza badaniami statystycznymi (…). W naszym kraju nie ma lekarskiej specjalności medycyna estetyczna. Trzeba przypomnieć, że żaden zabieg estetyczny nie jest świadczeniem zdrowotnym. (…). Może warto wrócić do pierwotnego, wyuczonego zawodu i…leczyć? A wtedy uda się zmniejszyć ciągle olbrzymie kolejki do specjalistów... - radzi lekarzom. - Dajmy kosmetyczkom wykonywać swój zawód, bo w tym celu zdobyły wykształcenie.

Kto odpowiada za błędy?

Ludzie mają prawo do zabiegów estetycznych, nawet gdy wiążą się z ryzykiem, ale musi być ono uświadomione i ograniczone do minimum. Niekiedy jednak zdarza się katastrofa - zamiast korzystnych zmian następuje oszpecenie czy utrata zdrowia, nie mówiąc o śmierci.

Jeśli zabieg przeprowadzają lekarze, ponoszą taką odpowiedzialność jak w przypadku błędu medycznego. - Każde zdarzenie niepożądane w gabinecie lekarskim, niezależnie czy było wykonane w celu poprawy zdrowia czy też wyglądu, jest objęte takim samym postępowaniem - tłumaczy dr Anna Żurowska-Iskrzycka. - Po nieudanym zabiegu estetycznym restrykcje są nawet ostrzejsze niż kiedy dojdzie do powikłania np. w trakcie ratowania ludzkiego życia. I wyższe mogą być odszkodowania dla poszkodowanego, toteż jesteśmy ubezpieczeni na taką okoliczność. Natomiast klient, który doznał uszczerbku na zdrowiu czy urodzie w gabinecie kosmetycznym, może szukać sprawiedliwości tylko w sądzie. Tak jak każdy klient, który poczuje się oszukany czy skrzywdzony i żąda zadośćuczynienia.

- My też odpowiadamy za błędy oraz powikłania, które przecież każdemu mogą się zdarzyć, my też się ubezpieczamy na tę okoliczność - podkreśla Małgorzata Gajewska. - Z wielką ostrożnością podchodzę do każdego zabiegu. Ale my także uczymy się zasad postępowania i stosujemy je, by zapobiec niebezpieczeństwom. I jesteśmy gotowe uczyć się dalej zasad bezpieczeństwa oraz reagowania w przypadku zagrożenia. SANEPID sprawdza warunki sanitarne w naszych gabinetach i utylizację odpadów, które mogą być źródłem zakażenia. Uważam, że niepotrzebne są te ataki na nas oraz spory. To lekarze na kursach, za które płacimy po kilka tysięcy, uczą nas pewnych zabiegów i dają prawo do ich wykonywania. A potem je kwestionują.

Jak rozstrzygnąć?

Codziennie bywa w gabinetach medycyny estetycznej oraz kosmetycznych ogromna rzesza ludzi, są narażeni na wiele niebezpieczeństw. Na ogół nie mają dość wiedzy, by wybrać właściwy gabinet i odpowiedni dla siebie zabieg. Muszą więc istnieć rozgraniczenia – co może robić kosmetyczka czy kosmetolog, a co tylko lekarz. A także kontrole.

Wiele kosmetyczek i kosmetologów, z którymi rozmawiałam, uważało, że ich wykształcenie i wiedza uprawniają ich do odpowiedzialnego wykonywania nawet bardziej skomplikowanych zabiegów. – Po co nam było kończyć pięć lat studiów, często płatnych, w których programie są różne medyczne przedmioty: anatomia, histologia, fizjologia, genetyka, immunologia itd., skoro nie daje to stosownych uprawnień. Po co kończyć kolejne drogie kursy? - żalą się. - A przecież szkolą na nich lekarze, wystawiają certyfikaty, również unijne, udostępniają preparaty i leki. Wiele z nich chciałoby, by ich zawód znów należał do zawodów medycznych, jak dawniej. Są gotowe na rejestrację popełnianych błędów czy powikłań, by można je było analizować i zapobiegać następnym.

Natomiast lekarze medycyny estetycznej dystansują się wobec kosmetyczek i kosmetologów. - Gdy nie mieli jeszcze własnych stowarzyszeń i organizacji, chętnie uczestniczyli w naszych kongresach. Teraz utrudniają nam korzystanie z własnych - zwierzała mi się jedna z kosmetologów, prosząc o nieujawnianie nazwiska. – Bo wie pani, z lekarzami trzeba żyć w zgodzie - argumentowała.

Może powinny istnieć izby kosmetyczek i kosmetologów rejestrujące i analizujące błędy, podobnie jak Izby Lekarskie? A może wprowadzić dla właścicieli gabinetów kosmetycznych obowiązkowe ubezpieczenia ułatwiające wypłacanie odszkodowań? O możliwości przyjęcia kosmetyczek i kosmetologów w poczet zawodów medycznych czy o ich podległości Ministerstwu Zdrowia żaden lekarz nie wspominał, obawiając się prawdopodobnie, że to obniżyłoby prestiż jego zawodu.

Nie tak dawno prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Estetycznej i Anti-Aging dr Andrzej Ignaciuk zwrócił się za pośrednictwem Naczelnej Izby Lekarskiej do Ministerstwa Zdrowia o przyjęcie takich rozwiązań prawnych, które pozwolą wykluczyć wszelkie wątpliwości, czy wykonywanie zabiegów medycznych przez nielekarzy jest legalne. Ministerstwo Zdrowia zapowiada uregulowania prawne tych kwestii. W spór włączyli się niektórzy prawnicy i wydają zaświadczenia kosmetologom wykonującym zabiegi estetyczne, potwierdzające, że działają zgodnie z prawem.

Jak się ma znaleźć w tym bałaganie ktoś, komu przyjdzie do głowy poprawić swoją urodę? Czym się kierować, wybierając gabinet i metodę? Komu powierzyć swoją twarz i ciało? Bo poziom wiedzy kosmetyczek, ale i lekarzy zajmujących się tą dziedziną, jest bardzo różny. I trudno, wchodząc do gabinetu urody ocenić, jakie są w nim warunki higieniczne, czy narzędzia są sterylne, a preparaty dobrej jakości. W efekcie dajemy się uwieść reklamie i atrakcyjnie urządzonym wnętrzom.

 

Krystyna Rożnowska

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, lipiec-sierpień 2017.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl