Jest zaprzeczeniem upływającego czasu. Pracuje na co dzień, jeździ z wykładu na wykład. Jego dzień jest wypełniony zajęciami po brzegi. Napisano o nim kilka książek. Dyskutuje, prowokuje, zmusza do myślenia. Roześmiany, młodzieńczy, tryskający, energią, aż trudno uwierzyć, że w styczniu skończył 81 lat.

Jerzy Vetulani, psychofarmakolog, neurobiolog, biochemik, profesor nauk przyrodniczych, członek Polskiej Akademii Nauk, Polskiej Akademii Umiejętności i Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, ma wielką rzeszę zwolenników, którzy tłumnie wypełniają sale podczas jego spotkań i wykładów. Jest lubiany, podziwiany i bardzo ceniony, o czym można się było przekonać w styczniu, w Teatrze Groteska, podczas spotkania, które odbywało się w ramach cyklu „Kod Mistrzów”.

– Panie Profesorze, ile dziennie łyka pan pigułek – zapytałam.

– Na głowę? Dużo. Moja żona o mnie mówi „chemiczny Ali”. Jestem farmakologiem. Mam zestaw na nieśmiertelność i, jak widać, nieźle się trzymam. Pigułki na głowę zacząłem dość regularnie brać 30, 20 lat temu. Teraz jak jestem zmuszony do wysiłku, to wspomagam się jeszcze chińskimi preparatami z żeń-szeniem, które przynoszą doskonałe efekty.

Kilkaset prac badawczych o międzynarodowym zasięgu, które napisał, a także zdobycie w 1983 roku Międzynarodowej Nagrody Anna Monika II klasy za badania nad mechanizmami działania elektrowstrząsu, spowodowało, że Jerzy Vetulani jest z jednym z najczęściej cytowanych polskich naukowców w dziedzinie biomedycyny. Niestrudzony popularyzator nauki, przez ponad dwie dekady był redaktorem naczelnym czasopisma „Wszechświat”. Przez lata kierował Zakładem Biochemii, nadal jest wiceprzewodniczącym Rady Naukowej Instytutu Farmakologii PAN w Krakowie. Prowadzi bloga, a także kanał na YouTube, występuje na teatralnych scenach. Mówią o nim: „zwierzę sceniczne”. Przez kilka lat można go było spotkać w krakowskim klubie Piękny Pies, gdzie w ramach pisma mówionego „Gadający Pies” wygłaszał raz w miesiącu przy ogromnym aplauzie publiczności wykłady, takie naukowe show trwające parę minut. Jego wszechstronność zainteresowań zastanawia i fascynuje.

Jest członkiem honorowym Indian Academy of Neurosciences, doktorem honoris causa Śląskiego Uniwersytetu Medycznego i Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Ma na swoim koncie wiele odznaczeń, w tym Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski i Złoty Krzyż Zasługi. Jest – co podkreśla na wszystkich spotkaniach – zwolennikiem legalizacji marihuany i stanowczym krytykiem represyjnej polityki narkotykowej w Polsce. Podkreśla, że „marihuana kompletnie znosi agresję, alkohol natomiast ją wzmaga”.

Gdy 2 marca Jerzy Vetulani wracając z pracy, został w Bronowicach potrącony przez samochód, jego profil facebookowy wypełnił się życzeniami powrotu do zdrowia. Informacja o wypadku rozpowszechniona została w parę minut i wywołała ponad dwa tysiące reakcji, blisko czterysta komentarzy i trzysta ponownych udostępnień. Teraz Jerzy Vetulani przebywa w szpitalu, a jego wielbiciele trzymają kciuki, by jak najszybciej powrócił do zdrowia.

Nazwisko

Vetulani nie brzmi po polsku.

– Zawsze gdy pytają mnie o pochodzenie odpowiadam, że jestem Etruskiem – śmiał się podczas spotkania w Grotesce. – To brzmi dobrze – podkreślał. Rodzina Vetulanich przybyła do Polski z Włoch, a dokładnie z Toskanii, gdzie znajduje się niewielkie etruskie miasteczko Vetulonia. Choć teorii, skąd przybyli do Polski przodkowie,jest w rodzinie wiele, ta wydaje się najbardziej prawdopodobna. Przodkowie Jerzego Vetulaniego zajmowali się poszukiwaniem cennych kopalin. Jeden z nich dotarł do Tatr, gdzie szukano nie tylko srebra i złota. Zmarł w Chochołowie. Prawdopodobnie już jego wnuk Jakub Vetulani pracował w kopalni w Bochni, przechodząc wszystkie stopnie kariery. – Zresztą w kopalni znajduje się komora imienia Jakuba Vetulaniego – mówił profesor. – Wygląda na to, że jestem więc potomkiem etruskich górników solnych – dodał.

Dziadek Jerzego Vetulaniego, Roman, na przekór rodzinnej tradycji górniczej został nauczycielem w gimnazjum w Sanoku. Uczył filologii klasycznej i gimnastyki, zakładał Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”. Dwa razy żonaty, zmarł na serce, pozostawiając żonę z szóstką dzieci. Renta po nim była zbyt skromna, ledwo można było przetrwać. Podczas I wojny światowej uległa ona drastycznemu obniżeniu, doprowadzając rodzinę do nędzy i głodu.

– Babcia jednak poradziła sobie w tej trudnej sytuacji. Porozdawała dzieci po zaprzyjaźnionych rodzinach, a z dwójką najmłodszych, w tym z moim ojcem Adamem, wyjechała do Wiednia.

Ojciec

Jerzego Vetulaniego, Adam, miał zaledwie 16 lat, gdy w 1917 roku zaciągnął się do wojska. Zrobił to podobno z głodu. Zawyżył wiek i udało mu się otrzymać przydział do c.k. armii, z którą walczył na froncie włoskim. Gdy po wojnie wrócił do domu był nie do poznania: urósł kilkadziesiąt centymetrów, wydoroślał, zmężniał. Jak inni z jego pokolenia walczył też w wojnie polsko-bolszewickiej i później w kampanii wrześniowej w 1939 roku, po której przez Rumunię trafił na Węgry, potem do Francji, gdzie brał udział w walkach, by w końcu trafić do Szwajcarii. Tam zajął się organizacją polskiego szkolnictwa przeznaczonego dla internowanych żołnierzy. Po wojnie wrócił do Polski.

W cywilu Adam Vetulani był naukowcem, historykiem prawa i kanonistą, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego i wieloletnim kierownikiem katedry historii państwa i prawa polskiego, członkiem i sekretarzem generalnym Polskiej Akademii Umiejętności. Był niezwykle utalentowany: miał zaledwie 24 lata, gdy obronił doktorat, a 33 gdy otrzymał nominację na profesora nadzwyczajnego.

Matka

Jerzego Vetulaniego, Irena Latinik, córka generała Franciszka Latinika, także była naukowcem. Absolwentka wydziału filozoficznego UJ, stażystka stacji biologicznej Roscoff we Francji, została asystentką w Zakładzie Biologii i Embriologii. Miała tylko 23 lata, kiedy pod kierownictwem profesora Emila Godlewskiego obroniła doktorat. Zajmowała się głównie płazami. Do 1938 roku była asystentką profesora Henryka Hoyera. Energiczna, wysportowana, świetnie jeździła konno. Doskonale dawała sobie radę. Była, jak na córkę generała przystało, świetnie zorganizowana. Wojnę przetrwała sama z dwojgiem synów. Pracowała jako tłumacz z języka niemieckiego w monopolu spirytusowym. Jerzy Vetulani nie przypomina sobie, aby byli w czasie wojny głodni.

W ostatnim dniu wojny, 17 stycznia 1945 roku...

– Zbiegaliśmy do schronu, gdy mama się jeszcze wróciła otworzyć okna, by ochronić szyby w razie wybuchu. I nagle ogromny huk. Mama została ranna. Odłamek pocisku trafił ją w skroń. Zabrano ją do szpitala – opowiadał Jerzy Vetulani. – Przez pewien czas nie wiadomo było, czy przeżyje. Początkowo była całkowicie sparaliżowana, ale z czasem sytuacja się poprawiła. Jednak do końca życia nie była sprawna. Miała niedowład lewej ręki, źle chodziła i miała znacznie ograniczone pole widzenia. Mimo to ciągle była aktywna. Zajmowała się dziećmi, zwłaszcza trochę opóźnionymi i świetnie je z tego zapóźnienia wyprowadzała – wspominał. Pisała także do czasopisma „Wszechświat” drobne artykuły na tematy naukowe.

To jej Jerzy Vetulani zawdzięcza zainteresowanie nauką i to ona nauczyła go w przejrzysty i prosty sposób mówić o skomplikowanych sprawach.

Książki

popularnonaukowe w dzieciństwie po prostu „łykał” jedna za drugą. Potrafił wyrecytować wszystkie informacje o wulkanach. Nigdy nie interesowały go bajki. Czytał „Kronikę naukową” czy też zachowane przedwojenne numery czasopisma „Iskry”. Zbierał motyle, ptasie gniazda, zaskrońce. Ze swoim przyjacielem Andrzejem Mirockim poznawał świat. Od niego, starszego, jako małe dziecko dowiedział się, że liczba pi to jest 3,14. Z tego powodu rozpierała go duma. Nie wiedział, co prawda, o co chodzi, ale liczbę pi już znał.

Andrzej Mirocki był wnukiem generałowej Zielińskiej, u której rodzina Vetulanich znalazła schronienie w listopadzie 1939 roku, po wysiedleniu ze swojego mieszkania w profesorskiej kamienicy przy parku Krakowskim. Wojnę spędził zatem na ul. Gancarskiej. Wraz z przyjacielem i bratem założyli klub zbieraczy owadów. Zniszczył ogród na podwórku kamienicy, budując bunkry. Uczył się na tajnych kompletach u pani Iwiczowej. Przyroda interesowała go wówczas najbardziej.

Po wojnie od Andrzeja „zaraził” się żeglarstwem. Kupili nawet na spółkę kajak. Przyjaźń przetrwała do dziś. Obaj wiedzą, że zawsze mogą na siebie liczyć. Andrzej Mirocki, który został lekarzem, przyszedł na spotkanie do Teatru Groteska.

Zainteresowania

miał zawsze sprecyzowane: numerem jeden była biologia. Szybko zdał sobie sprawę, że będzie biologiem naukowcem. Na studia na UJ dostał się bez problemu. Świetne wyniki w nauce i działalność społeczna w ZMP spowodowały, że mógł przebierać w kierunkach studiów. Na piątym roku zdecydował się rozpocząć studia chemiczne. Tyfus, na który zachorował, zmusił go do rozpoczęcia chemii jeszcze raz, rok później. Na drugim roku chemii zachorował ponownie, ale na żółtaczkę. To także opóźniło go o kolejny rok. Chemia nie urzekła go, choć dała mu podstawy do przyszłej pracy w Instytucie Farmakologii PAN.

W odróżnieniu od biologii w studia chemiczne musiał się mocno zaangażować. Wysiłku wymagały matematyka czy fizyka. Musiał sam nadrabiać zaległości. Z pomocą przyszła mu książka, rosyjski podręcznik matematyki. Udało się opanować wiedzę. W nauce – do czego zawsze się przyznaje – pomagały mu środki chemiczne.

– Należę do tego pokolenia, którym lekarze przed sesją zapisywali amfetaminę. Człowiek wtedy nie spał, nauka mu znacznie łatwiej wchodziła do głowy. I nie było uzależnień. To była dobra pomoc.

Nie udało mu się zostać na wydziale biologii UJ, choć bardzo o tym marzył. Na przeszkodzie stanął publiczny spór o rodzaj propagandy z docentem Kędziorkiem, który był na uczelni działaczem partyjnym. Z pomocą przyszedł ojciec Jerzego Vetulaniego, który polecił syna prof. Januszowi Supniewskiemu, szefowi właśnie stworzonego Zakładu (późniejszego Instytutu) Farmakologii PAN. Początkowo był wolontariuszem, później otrzymał pół etatu starszego asystenta. W 1967 roku wyjechał na roczne stypendium naukowe do Wielkiej Brytanii, do Cambridge. Zaś w 1973 roku wraz z całą rodziną wyjechał na dwa lata do USA. I pewnie by tam został na stałe, gdyż kariera naukowa układała mu się bardzo dobrze, ale nadeszła wiadomość o śmierci matki.

– Wróciłem dla ojca – tłumaczył prof. Vetulani. – Obiecałem mu to, więc wróciłem. Po roku ojciec zmarł, ale ja już nie mogłem wyjechać do USA. Nie żałuję jednak. Tu mam znacznie ciekawsze życie niż w Ameryce.

DKF

czyli Dyskusyjny Klub Filmowy działający w Krakowie był dla niego szkołą życia. Trafił tam przez przypadek.

– Zaproponował mi to Kazimierz Bielski. Pewnie miał na myśli bardziej mojego młodszego brata, Janka, który był humanistą, ale skoro już się zgodziłem, to w DKF-ie zostałem, głupio byłoby to odkręcać – wspominał w Teatrze Groteska. – Nauczyłem się tam mówić krótko, ciekawie i nawiązywać kontakt z widownią. Jeżdżąc po Polsce z prelekcjami przed filmem, zdałem sobie sprawę, że widz czeka na film, więc moja prelekcja musi być przede wszystkim krótka, ciekawa i błyskotliwa.

Przez wiele lat jeździł po małych miastach Małopolski i Śląska. W pamięci pozostały pociągi, przesiadki i dworce: małe, ciemne, obskurne. Na jednym z nich, może to była Jaworzno-Szczakowa, dowiedział się o zamachu na Johna Kennedy’ego. Dziś dokładnie pamięta ten moment. Listopadowy, wilgotny wieczór i jedną żarówkę, kołyszącą się na wietrze, oświetlającą peron.

Ciągle interesowało go więcej niż tylko nauka. Należał do założycieli Piwnicy pod Baranami. A doświadczenia zdobyte w DKF-ie bardzo się przydały, gdy stanął na scenie w Piwnicy. Przez pół roku zastępował Piotra Skrzyneckiego w kabaretowej konferansjerce, gdy ten przebywał na stypendium w Paryżu. Jako konferansjer bywał okrutny. Potrafił mówić publiczności, że już „wystarczająco dużo widziała za swe parszywe pieniądze” albo po prostu, że artyści „mają was w dupie”. Dostawało się także występującym. Na przykład zapowiadając Kikę Szaszkiewiczową, mówił: „Gaście światło, bo teraz stare próchno będzie świecić”. Uważany był za nieznośnego, ale wiele uchodziło mu na sucho.

Piwnica była dla niego innym światem, światem równoległym, po prostu miłym sposobem spędzania czasu, wspólnej działalności artystycznej. Jak podkreślał, „tam się siedziało godzinami, gadało i piło”. Ale tak naprawdę liczyła się przede wszystkim nauka. Jak był w stanie to wszystko pogodzić? Profesor Vetulani podkreślał, że należał do tych, którzy szybko pracują. Podpatrzył też swojego ojca, który po obiedzie kładł się na dwugodzinną drzemkę. Zaczął robić to samo, co pomogło mu w połączeniu pracy od godz. 8 rano z życiem nocnym w Piwnicy pod Baranami.

Z przekory

i buntu robił bardzo wiele. Nawet przyznał się do tego, że była ona motorem jego działania. Jako dwunastolatek zapisał się do ZMP. Aby rozzłościć ojca i rodzinę, zaczął uczęszczać nawet na spotkania w Klubie Ateistów i Wolnomyślicieli. To tam poznał m.in. Agnieszkę Osiecką czy Sławę Przybylską. Buntował się też przeciw religii, choć w dzieciństwie był nawet ministrantem. Lecz nigdy się nie sprzeczał i nie sprzecza o religię, a pytany o poglądy po prostu odpowiada: Bóg mi nie dał łaski wiary. W rodzinie uważany był za czarną owcę. Młodszy brat, taki porządny, a on taki krnąbrny. Gdy wiele lat później spotkał się w Rzymie z Janem Pawłem II, który był przyjacielem jego rodziców, papież powiedział: „Posiwiałeś”, a Jerzy Vetulani na to: „Nawet czarna owca bieleje”.

W jego rodzinie podziały polityczne były na porządku dziennym. – Dziadek był endekiem, ojciec ludowcem, a matka miała legitymację Straży Narodowej, to była młodzieżówka narodowców – mówił prof. Vetulani. – To trochę mnie nauczyło.

W „Solidarność” zaangażował się w 1980 roku. W stanie wojennym przede wszystkim zajmował się tworzeniem programu „Solidarności”, gdy ta zostanie zalegalizowana. W roku 1990 wycofał się z działalności politycznej, twierdząc, że każdy powinien robić to, na czym zna się najlepiej. Rzucił się więc w pracę naukową i popularyzację nauki. W roku 2002, namawiany przez kolegów z „Solidarności”, zdecydował się jednak kandydować na prezydenta miasta Krakowa. Bez sukcesu. Głosowało na niego blisko 2,5 tysiąca osób. Dziś wspomina tę historię jako zabawne doświadczenie.

Mózg

Właśnie o mózg i jego działanie jest najczęściej pytany przez publiczność. I tak było także w Teatrze Groteska.

– Dzięki nauce i kulturze opanowaliśmy świat, zdobyliśmy dominującą pozycję. Ale prawda jest taka, że to wszystko jest produktem ubocznym pracy mózgu. Bo mózg nie służy do myślenia – tłumaczył podczas spotkania. – Mózg to główny organ przetrwania. Służy do tego, by uniknąć śmierci, zdobyć pożywienie i znaleźć partnera czy partnerkę, by przekazać swoje geny. I tyle. Od czasów Ateńczyków poziom ekonomiczny i cywilizacyjny społeczeństwa tak się podniósł, że zaczęliśmy chronić słabszych. Nie było już takiej presji na inteligencję. Głupszy tak samo jak mądrzejszy mógł przeżyć. Wbrew pozorom, to nie było wcale takie złe. Mieć głupich żołnierzy jest lepiej, niż mieć inteligentnych.

Warto pamiętać, że nasze poczucie szczęścia, zadowolenia czy spełnienia rodzi się właśnie w głowie. – Mózg jest niezwykłym organem. Dawniej się wydawało, że są dwie oddzielne dziedziny: psychologia czy psychiatria i immunologia. W latach 80. okazało się, że te dziedziny są ściśle ze sobą związane. Powstała nowa nauka: neuropsychoimmunologia. Teraz potwierdziliśmy naukowo stare spostrzeżenie, że ktoś będący w stresie czy smutny łatwiej zapada na choroby. Naukowcy stworzyli skalę stresową. Z niej wynika m.in., że śmierć bliskiej osoby to jest sto punktów, rozwód dziewięćdziesiąt, wesele pięćdziesiąt, utrata pracy siedemdziesiąt itd. Jeżeli w ciągu dwóch lat nazbiera się punktów powyżej trzystu, to istnieje niebezpieczeństwo, że spotka nas poważna choroba. Gdy zaś nazbiera się ich ponad sześćset, wtedy mamy prawie pewne, że się przyplącze jakaś ciężka choroba. U nas w instytucie przeprowadziliśmy także badania, z których wynika, że stan psychiczny wpływa na szybkość metabolizmu leków. Dlatego u zestresowanego pacjenta dawkowanie leku powinno być inne.

Jak żyć

by starość uczynić bardziej znośną? Co łykać, by dobrze się zestarzeć?

– Od radzenia ludziom są lekarze, a ja jestem facetem od szczurów i wszystko to, co mówię, nie należy traktować jak porady lekarskiej – śmiał się prof. Jerzy Vetulani. – Oczywiście, wiedza neurobiologiczna pozwala na pewne sugestie. Pierwsza – nie przesadzać z pigułkami. Raczej właśnie mobilizować się do życia. Jak nie sport, to chociaż spacer. Wysiłek fizyczny – 20–30 minut dziennie – czyni cuda. Na przykład 20 minut rowerku stacjonarnego, ćwiczeń na kręgosłup, ćwiczeń zwiększających objętość płuc (chwała rehabilitantkom na klinice profesora Popieli, które uczyły tego pacjentów po operacji), a ponadto chodzenie do pracy ile się da na piechotę (z Widoku na Bronowice) to ważne składniki mojego „zestawu na nieśmiertelność”. Sensowne zestawy witamin. Ale uwzględnijmy też aminokwasy prekursorowe dla neuroprzekaźników. Dowiedziono, że możemy bardzo szybko zmienić nastrój odpowiednimi kombinacjami aminokwasów. Na przykład dla zwiększenia impulsywnej agresywności wystarczy wypić mieszaninę aminokwasów pozbawioną prekursora serotoniny – tryptofanu. W sprzedaży znajdują się obecnie tabletki zawierające prekursory serotoniny, dopaminy i noradrenaliny, noszące nazwę Happy Tabs, które ostatnio stosuję i bardzo polecam znajomym. Również ciekawe, poza ginsengiem, są różne produkty z roślin egzotycznych – w skład mojego zestawu wchodzi GotoKola. Istnieje zresztą mnóstwo preparatów ogólnie nazywanych suplementami diety i wydaje się, że te tzw. nutraceutyki zyskują coraz większe uznanie medycyny oficjalnej. Jak na razie dwa z nich – witamina D3 i kwasy nienasycone omega-3 mają w pełni udowodnione działanie jako środki poprawiające jakość życia. Ale tak naprawdę we wspomaganiu siebie najważniejszy jest efekt placebo. Jeżeli wierzę, to lek działa: „Idź, wiara Twoja cię uzdrowiła”. To jest dokładnie to samo. Biorę, bo wierzę. A ponieważ wierzę, to mi pomaga.

Profesor Vetulani dodał także, aby nie zapominać o śmiechu i śmiać się jak najwięcej, bo nawet wymuszony uśmiech pomaga. Pozostać ciągle aktywnym, i fizycznie, i intelektualnie, mieć zaufanie do innych, dzielić się pozytywnymi emocjami oraz przywoływać dobre wspomnienia. Podkreślił, że wielkie znaczenie dla człowieka w ogóle, a także w szczęśliwym starzeniu się, ma sztuka, która rozwija naszą uwagę poznawczą, działa bezpośrednio na układ nagrody. Dlatego polecał, aby np. pisać limeryki lub małe opowiadania. Pisać, choćby tylko nawet do szuflady, gdyż będziemy przez to bardziej szczęśliwi, zdrowsi i przede wszystkim młodsi.

 

Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz

Zdjęcie: Jacek Balcewicz

 

 

Tekst z kwietniowego numeru „Krakowa”.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl