Królowe przedmieścia

 

 

Może gdzieś wsie słyną z urody,
może gdzieś są rajskie ogrody,
może gdzieś są miasta ze srebra,
może gdzieś niczego już nie brak?
Ale nie ma tam wiatru od Błoni,
nie ma Wisły płynącej od Tyńca,
ale nigdzie nie tańczy Lajkonik,
nigdzie nie ma na świecie Zwierzyńca!

 

 

Ma rację Tadeusz Kwiatkowski, kiedy w swoim wodewilu Romek i Julka przypomina tę fundamentalną prawdę: nigdzie nie ma na świecie Zwierzyńca. Nigdzie. A najlepiej wiedzą o tym ci szczęśliwcy, dla których Zwierzyniec był kiedyś całym światem. Ale ci wybrańcy wiedzą coś jeszcze. Kiedy w chwilach sentymentalnych słabości odżywają wspomnienia i nieogarniona czułość podpełza ku sercu, to im właśnie objawia się jeszcze jedna prawda: tamtego Zwierzyńca już nie ma!

Co z tego, że na Emausie tak jak dawniej kręcą się karuzele, skoro cukrowa wata na patyku nie smakuje już jak wtedy. Co z tego, że Rudawa wciąż płynie w tę samą stronę, kiedy w letnie upalne dni jej brzegów (wtedy mówiło się, że to wały) nie okupuje już roznegliżowany tłumek spragniony zażywania w tym nurcie kąpieli. Błonia zapraszają teraz na rozmaite zloty, festiwale, festyny, ale nikt nie roznosi tu w drewnianych, pomalowanych na biało skrzynkach lodów pingwin w czekoladzie.

Gdzie te słynące z urody dziewczyny ze zwierzynieckiego Półwsia? Wtedy to one były królowe. Facetom nie było łatwo. Szkoły były rozdzielne, nie było koedukacyjnych klas, gdzie można na co dzień oswajać się z warkoczykami i spódniczkami. Poderwanie panienki to był nie lada wysiłek, potrzebne były precyzyjne przemyślenia, trzeba było wykazać się sprytem, a wszystko to razem wymagało inteligencji. Stosowało się w tej grze różne metody. Stawiało się lody, oranżadę, a w bardziej desperackich momentach nawet i rurki z kremem. Ale były i takie damy, które nie szły na te uliczne dobra. W takich razach trzeba było mieć w zapasie jakiś wierszyk o jej niebieskich oczach czy też kruczoczarnych włosach. A kiedy i to nie robiło wrażenia, można było jeszcze podeprzeć się recytacją jakiegoś większego kawałka uwielbianego wtedy Koziołka Matołka.

Dziewczyna, którą się rwało, to była brzana (przez analogię do ryby z gatunku karpiowatych, którą łowiło się na podryw). Ichtiologiczna terminologia odnosiła się też do całkiem jeszcze niedojrzałych małolatek, o których mówiło się, że to szprotki. Brzany objęte były ochroną, mogły być podrywane tylko przez swojaków, chłopaków z naszej dzielnicy. Kiedy na podchody do takiej odważył się ktoś obcy, mógł być pewien, że nie ujdzie mu to na sucho, nie obejdzie się bez rękoczynów.

Bitki o dziewczyny miały swój niepisany kodeks. Musiała być zachowana równowaga sił, nigdy nie szło dwóch na jednego. Przewróconemu pozwalano wstać, nie kopało się leżącego. Okularnicy mieli przywilej, nie biło się ich po twarzy. Każdy, kto przestrzegał tych honorowych zasad, zasługiwał na miano zwierzynieckiego andrusa. Jeśli w tym pojedynku przybysz pokonał naszego, dziewczyna była dla nas stracona, a zwycięzca musiał ten swój skarb brać sobie za żonę. W każdym razie powinien.

Piękne dziewczyny były firmowym produktem zwierzynieckiego Półwsia. A już jedna z nich – prawda, że po literackiej obróbce – na długo zawładnęła zbiorową wyobraźnią. Był czas, że to właśnie ta heroina, nasz markowy produkt, niepodzielnie królować miała na teatralnych scenach, ekranach kinowych, radiowych antenach. I to królować miała wbrew swojej woli, bo Maria Aniela Dzierwa (po przybranym ojcu Zawadzka), mieszkanka ulicy Krowiej, stanowczo odrzucała wszelkie zaloty autora wodewilu, którego była tytułową bohaterką i najprawdziwszą gwiazdą. Ona, to robotnica Cygarfabryki z ulicy Dolnych Młynów, on, to Konstanty Krumłowski, dramatopisarz, publicysta, redaktor pism humorystycznych. Jego wodewil Królowa Przedmieścia, czyli rzecz o pięknej Mańce z Półwsia Zwierzynieckiego miał premierę w teatrzyku Pod Słońcem w Parku Krakowskim (1898). Tytułowa postać nie tylko nie pokazała się na przedstawieniu, ale poirytowana krążyła po mieście i własnymi rękami zrywała plakaty zapowiadające spektakl.

W ciągu dwóch miesięcy wodewil zagrano 50 razy, przedstawienie obejrzało 40 tysięcy osób, to jest połowa wszystkich mieszkańców miasta. Śpiewogra opowiada o spełnionej miłości dwojga młodych pochodzących z różnych sfer. Za Mańką szaleją legiony kawalerów, ale serce piękności z Półwsia zdobywa ten, który po to, aby wyzbyć się wielkomiejskich manier podejmuje się flisowania na Wiśle. Urzekają podmiejskie tańce i serwowane w miejscowej gwarze dialogi, zachwyca humor i dowcip zwierzynieckich andrusów, murarskie i fiakierskie przyśpiewki nuci cały Kraków. Spektaklem urzeczony jest bawiący właśnie pod Wawelem Stanisław Przybyszewski. O wrażeniach tego guru modernistycznej bohemy Adolf Nowaczyński napisze: „Sztukę uznał za arcydzieło, głębokie, przedziwnie przepaściste i takie ci słowiańskie, prasłowiańskie, wysoko ciągnięte. (...) Ten nikczemny Strindberg nigdy ci bracie czegoś lepszego nie napisał. (…) Panu Krumłowskiemu niegodzien rzemyka u trzewika rozwiązać”.

Jeszcze przez lata sypać się będą liczne przeróbki i adaptacje. Królową Przedmieścia we Lwowie wyreżyseruje dla teatru Leon Schiller (1931), w Warszawie wersję kinową stworzy Eugeniusz Bodo (1938), o oprawę muzyczną i teksty piosenek zadbają giganci tego gatunku, Henryk Wars i Jerzy Petersburski. Tym naszym zwierzynieckim hitem zachwyci się najpierw cała Polska, a za nią wkrótce cała Polonia. Opowieść o pięknej Mańce poruszać będzie serca i w Ameryce, i w Japonii.

Nigdzie nie ma na świecie Zwierzyńca. Nigdzie. A tego naszego Zwierzyńca nie ma już nawet na Zwierzyńcu. Nasza zwierzyniecka Carmen z Cygarfabryki przy Dolnych Młynów z pasją podeptała zaloty obcego, bo miastowego adoratora, choć ten zapewnił jej nieśmiertelność. I wyszła za mąż także nie za swojaka, bo za spiskiego górala, statecznie belfrującego w podgórskim gimnazjum za przyzwoitą roczną pensję 1632 koron. A piszący te słowa ze skruchą prosić dziś musi o wybaczenie wszystkie dziewczyny ze swojego dawnego Półwsia. Bo niebieskooką towarzyszkę wszelkich swoich doli i niedoli znaleźć mu przyszło daleko od miejsca, w którym Wisła wpada do Rudawy.

 

Mieczysław Czuma

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, październik 2017.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl