W ciągu piętnastu dni trzy spędziliśmy w stolicy greckiej Macedonii, może cztery, wliczając w to odjazdy i przyjazdy z lotniska. Od razu, prawie po przylocie do Salonik, planowałem odwiedzenie tamtejszego muzeum archeologicznego i nabrzeża. Oglądałem przecież wielokrotnie zimą ten bulwar na przykuwającym uwagę zdjęciu sprzed chyba sześciu dekad. Jego autorem jest Zbigniew Parandowski, syn Jana, a podpis pod nim – w albumie biało-czarnych fotografii Grecja (1962) – brzmi: „Niedzielny ranek nad morzem, które obmywa Saloniki. Jeszcze jest wcześnie, tylko najbardziej niecierpliwi wybiegli na ranne powitanie morza…”. Wybiegli i teraz spacerują sami mężczyźni i chłopcy w ciemnych garniturach, niektórzy w płaszczach i kapeluszach. Może to więc portret greckiej zimy albo przedwiośnia? Na wodzie kołyszą się łódki. Jeden z panów dawnego czasu z zaciekawieniem rozłożył płachtę gazety – czyta na stojąco.

W labiryntach mojej biblioteki znalazłem też wiekową kolorową pocztówkę Souvenir de Salonique z widokiem salonickiego bulwaru i Białej Wieży – napisy na niej po francusku, turecku i grecku, data wysłania zamazana. Do jej zakupu w jednej z ołomunieckich antykwarni namówił mnie nieodżałowany Vašek Burian.

My zaczęliśmy nieco inaczej nad Zatoką Termajską, od razu zaatakował nas upał. Trudy nieprzespanej nocy dawały znać o sobie. Odwieziono nas do hotelu dość blisko lotniska, kazano czekać na pokój. Przed hotelem przystanek autobusu, ale okazało się, że trzeba by się parokrotnie przesiadać, żeby dojechać do centrum, do punktu orientacyjnego, jakim jest górująca nad nabrzeżem, zbudowana przez sułtana Sulejmana Wspaniałego Biała Wieża. Nie mieliśmy siły ani ochoty. Należało zmienić plany. To któryś już raz pierwsze wrażenie po przylocie tutaj jest zniechęcające – brak snu, upał, lekka dezorientacja, rozdrażnienie, a do tego poruszanie się w strefach nasilającego się smrodu, bo od tygodnia strajkowali w całej Grecji pracownicy oczyszczania miast. Postanowiliśmy odpocząć przy hotelowym basenie, z walizkami. Spacerowałem, przynosiłem żonie cafe frappe i soki, zachodziłem do recepcji, aby szybciej dostać klucz do naszego lokum. W końcu udało się. Apartamencik na czwartym piętrze z dużym balkonem i widokiem na zatokę i miasto po jej drugiej stronie.

Temperatura rosła. Wypadało teraz wziąć prysznic, zdrzemnąć się godzinę i potem ruszyć na posiłek w kierunku jednej z ciągu nadmorskich tawern. Było wczesne popołudnie, gdy tam dotarliśmy. Po drzemce i pierwszych kalmarach z dobrze schłodzoną retsiną życie zaczyna nabierać kolorów i sensu. Nie jechaliśmy tam przecież jako eksperci od nieładu, ale znów jako entuzjaści – nawet dopiero przewidywanej – harmonii: pejzażu, anegdot, przedmiotów i woni.

Od rana jakby wieki przeszły, spowolnił się czas, wchodziliśmy w inny wymiar. Grecja po nieprzespanej nocy i przylocie „rozbiera” człowieka, a potem szybko ofiarowuje mu wygodne ubranie, sandały, dwudniowy zarost. Dopiero teraz stajesz się właściwym człowiekiem, przestajesz być obcy.

Następnego ranka wstaliśmy z twardego snu po szóstej. Mgła w Salonikach, nad zatoką. Z ciekawością czekaliśmy na naszego przewodnika Marcina Pietrzyka, który ma z nami realizować autorski program długiego, tygodniowego objazdu. Cicerone okazuje się rzeczowy i sympatyczny. Dostajemy dobre miejsce w autobusie, tuż za kierowcą Dimitriosem, i ruszamy zwiedzać Saloniki od wysokiego punktu widokowego przy północnych, bizantyjskich murach miasta w dzielnicy Kastra. Te widoki przypominają nam Lizbonę. Obok brama, przez którą święty Paweł uciekał z miasta przed gniewem tamtejszej społeczności żydowskiej.

Z przyjemnością czytaliśmy niedawno fragment książki brytyjskiego historyka Marka Mazowera, której przekład dopiero ukaże się w sierpniu, o wieloetniczności portowego miasta liczącego już ponad 2000 lat, i jej zaniku, spowodowanym zawirowaniami burzliwej historii Żydów, muzułmanów i Greków. Autor monografii tego miejsca nazywa je Miastem Duchów.

Rozdano nam aparaturę do łączności z kierownikiem naszej wędrówki, nie trzeba teraz gromadzić się wokół niego przy zwiedzaniu, można swobodnie przemieszczać się po zabytkach, a słuchawka w uchu pozwala śledzić tok opowieści. Jedziemy ulicami w dół, w kierunku bazyliki świętego Demetriusza, patrona Tesalonik, miasta urodzin apostołów Słowian – Cyryla i Metodego. Kościół powstał już w V wieku naszej ery, zachwycają mozaiki powstałe dwa stulecia później, stare kolumny, ikony. Zapowiada się upał do 41 st. C, trzeba uważać.

Po trzech godzinach zwiedzania mamy czas wolny, wędrujemy na kawę, potem w kierunku kościoła świętego Grzegorza Palamasa i można powoli wracać do własnego planu – odwiedzić jedno z piękniejszych w tym kraju muzeów archeologicznych. Przed wejściem po lewej i prawej bogato zdobione sarkofagi z białego marmuru z płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny bitewne. Zgromadzono w nim skarby z wykopalisk całego obszaru Macedonii. We wnętrzu po raz pierwszy tak wyraźnie czujemy dobrodziejstwo klimatyzacji.

Paul Theroux napisał gdzieś: „Turysta nie wie, gdzie był. Podróżnik nie wie, dokąd zmierza”. My po wielu pobytach w Grecji byliśmy ciągle poszukiwaczami, zmniejszaliśmy niewiedzę, mnożyliśmy zdumienie. Przed nami ustalona trasa, około 2000 kilometrów, w dużej części śladami starożytnego podróżnika Pauzaniasza. Ale nie wiedzieliśmy, co nas spotka, na co natrafimy, co może się przyśnić i zdarzyć. Mieliśmy doświadczenie i osobność, którą należało sensownie wypełnić.

Zakreślona na mapie marszruta przyjmowała kształt wielkiego ptaka z dziobem skierowanym w prawo: Saloniki – Vergina – Meteory – Delfy – Olimpia – Tolo i Nafplio – Mykeny – Epidauros – Ateny – Termopile i potem długa, licząca prawie 600 kilometrów, droga powrotna ze stolicy do Salonik.

Po zwiedzeniu Salonik wczesnym popołudniem ruszyliśmy autobusem do Verginy blisko gór Pieria, gdzie odkryto groby królów macedońskich. Tu była dawna stolica tego regionu, Egiés, zanim przeniesiono ją do Pelli. Największe zasługi w penetrowaniu wzgórza w tej miejscowości miał prof. Manolis Andronikos, który w 1977 roku dokopał się do niesplądrowanego miejsca pochówku ojca Aleksandra Wielkiego, Filipa II (336 r. p.n.e.)

Z „przeraźliwego” blasku wchodzimy w półmrok – wejście wykopane w Wielkim Kurhanie prowadzi do kilku grobowców, które składają się z jednego lub dwóch dość obszernych pomieszczeń, bogato zdobionych, zawierających wyposażenie grobowe: złoty wieniec upleciony z liści i szyszek dębu, elementy uzbrojenia, misterne płaskorzeźby z kości słoniowej, trony, dzieła sztuki ceramicznej (korynckie i attyckie wazy), alabastrowe naczynia, relikwiarze, w których złożone były kości zmarłych. Ściany zdobią malowidła – m.in. fresk przedstawiający porwanie Persefony do Hadesu. Do grobowców prowadzą drzwi obramowane parami kolumn. Leżą tu obok szczątków zamordowanego ojca Aleksandra najprawdopodobniej matka Filipa, Eurydyka, młody książę Aleksander IV, syn Aleksandra Wielkiego i Kleopatra, jedna z siedmiu żon Filipa, zabita niedługo po mężu. Znaleziono tu także liczne stele nagrobne z wyrytymi imionami greckimi; świadczy to o tym, że Macedończycy byli plemieniem greckim, a nie trackim czy iliryjskim. Na relikwiarzu Filipa i na cmentarzysku grobowców w Egiés liczne przedstawienia „Słońca Verginy” – krzyż wpisany w koło, symbolizujący słoneczny krąg. Część tutejszych skarbów z nekropolii zdążyliśmy zobaczyć w salach muzealnych Salonik.

Przypominamy sobie, że w tym samym czasie, gdy Andronikos dokopał się do tych znalezisk, w Centralnej Macedonii odkryto niezwykłej piękności wielką krasową jaskinię Alistrati, którą odwiedziliśmy wiele lat temu, w drodze z wyspy Tassos przez Kavalę.

Opuściliśmy już pędzące miasta z ich gwarem i nerwowością. Zmierzaliśmy teraz do miejsc mniej ludnych, kierujących myśl w inne strony. Wieczorem byliśmy we wciąż rozpalonej upałem Kalambace u podnóża wysokich, malowniczych skał z klasztorami. Krajobraz w jakimś sensie przypominał księżycowe wypiętrzenia Kapadocji, coś, co wyróżnia pejzaż z wielu dobrze znanych, oswojonych przez wzrok i umysł. Byliśmy blisko „niemożliwego”. Dokonaliśmy w krótkim czasie przeskoku z głębokości grobowców, gdzie z każdym krokiem pogrążaliśmy się w przeszłość, do górskich jasnych przestworów, by tu doznać czegoś innego – jasnego i strzelistego. Czuliśmy rodzaj umniejszenia w tych górach bliskich błękitowi, podświetlonych po zachodzie słońca. Można by tu, w ciszy takiego wieczoru, myśleć słowami św. Jana Klimaka, dawnego mnicha pustelnika z Synaju: „Niektórzy mówią, że modlitwa jest lepsza niż pamięć o śmierci. Ja zaś sławię obie, w istocie bowiem są one tym samym”.

Rano przed hotelem Kosta Famissi przytuliłem się do naturalnej wielkości kopii Wenus z Milo i pojechaliśmy w górę zwiedzać klasztory. Po drodze kupiliśmy dla dzieci ikonę Zwiastowania pisaną przez tutejszych mnichów. Coraz bliżej kamienny las na Równinie Tessalskiej.

Spośród 21 klasztorów żyje dziś jedynie sześć: Klasztor Metamorfozy (Duży Meteor), Warłaama, Świętej Trójcy, Świętego Stefana Męczennika, Rusanu, Świętego Mikołaja Odpoczywającego. Mnichom w udoskonalaniu duszy i wielkiej przemianie służy modlitwa i praca, przyjmowanie gości, pisanie ikon i żywotów świętych, zajmują się rzeźbiarstwem i małymi ogrodami, śpiewają hymny, są wszak „zawieszeni w powietrzu”, między ziemią a niebem, bliżej Stwórcy.

Odwiedzamy najpierw klasztor św. Stefana, który posiada dwa kościółki: św. Stefana i pod wezwaniem św. Haralamba. Mnisi zamieszkiwali tę skałę już przed 1200 rokiem. W 1333 roku odwiedził klasztor bizantyjski cesarz Andronikos III Paleolog. Dziś do klasztoru wejść można po ośmiometrowym moście, dawniej, ze względów bezpieczeństwa, most był ruchomy. Sporo tu pięknych fresków i pamiątek z dawnych wieków. Na spłachetkach ziemi dużo zieleni. Cykady pracują coraz głośniej, bo wzmaga się upał. Po krótkiej przerwie ruszamy na piechotę laskiem w dół ku najmniejszemu z czynnych klasztorów – żeńskiemu Rusanu, założonemu przez mnichów Nikodema i Benedykta w 1380 roku. Ściany zdobią freski, uwagę zwracają ikonostas i liczne wota. Kościół ma swoje święto w dniu Metamorfozy Jezusa. Do końca XIX wieku pielgrzymi wchodzili tutaj po drabinie zawieszonej w powietrzu, w 1930 roku wybudowano w tym miejscu dwa drewniane mostki. Mniszki sprzedają oprócz pamiątek zioła. Tu kręcono niektóre ujęcia do Bonda z Rogerem Moorem (film Tylko dla twoich oczu z 1981 roku).

Później domowy obiad w tawernie Meteora, znów w Kalambace. Wchodzimy do kuchni, w której rządzi najstarsza przedstawicielka wielopokoleniowej rodziny Gertsos, mama Keti. W olbrzymich garach na blasze widać kilka dań – jagnięcinę z bakłażanami, kurczaki, klopsiki, musakę, ziemniaki gotowane w pomidorach, groszek, sosy do makaronu. Właścicielka stara się po polsku (!) objaśnić, co widzimy. Każdy wybiera swoje danie i niesie do stołu, tam zamawiamy napoje. Chwila oddechu przed żarem. Potem ruszamy przez góry Parnasu obok miasta Lamia do Delf. Termometr wskazuje 43 stopnie, więc zamiast tego dnia odwiedzać jeszcze Termopile, zatrzymujemy się na godzinną kąpiel w Morzu Jońskim. To naprawdę przedni pomysł!

W Delfach byliśmy pod wieczór. Miasteczko na stoku góry, może cztery uliczki, w tym dwie równoległe, pełne hotelików, tawern, kawiarni i sklepów z pamiątkami. Liczyłem może naiwnie, że jeśli nocujemy w świętych miejscach starożytnych, przyśnią nam się misteria albo inne tajemnicze historie. W snach jednak pojawiał się najwyżej tumult dnia. Za to przeżyliśmy tam najciemniejszą z ciemnych nocy. Po kolacji poszliśmy jeszcze na schłodzone wino. Usiedliśmy na jakimś tarasie, obok czterech emerytów przy szklankach wody obracało powoli w palcach paciorki swych komboloi. Nad nami gęsto od gwiazd, przeciwległy stok góry czarny, żadnych sztucznych świateł. Nic. Ciemność kosmata, prawie namacalna jak futro ogromnego, śpiącego zwierzaka.

Hotel wbudowany był w zbocze, więc dano nam pokój na minus trzecim poziomie. O świcie zobaczyliśmy mocny blask i olbrzymią przestrzeń oliwkowych gajów aż do jaśniejących w błękitach wód Zatoki Korynckiej. Jesteśmy w środkowej Grecji, w Fokidzie. Czas jechać do miejsca kultu Apollina. Spacer w palącym słońcu, choć to wczesne przedpołudnie, coraz wyżej i wyżej. Ktoś mi powiedział, że najpiękniejszy widok na obszar starożytnych Delf jest oczywiście z najwyższego miejsca, ponad szczątkami skarbców dawnych królestwa, kręgiem, w którym wieszczyła Pytia, powyżej ruin świątyni i teatru, kamieni pokrytych tysiącami inskrypcji, pępka świata czyli omfalosa. Miejsce to znajduje się obok stadionu, na którym odbywały się igrzyska pityjskie, należące do czterech panhelleńskich igrzysk, razem olimpijskimi, istmijskimi i nemejskimi. Zostawiłem więc wachlującą się żonę pod samotnie rosnącym migdałowcem i z butelką wody wdrapywałem się przez żar, jakbym pływał w ciepłym oleju, na wysokość 645 metrów. Było warto.

Po godzinie ochładzaliśmy się już w wartym obejrzenia delfickim muzeum archeologicznym. Tu przykuwają uwagę dwa arcydzieła – Woźnica z brązu (V wiek p.n.e.), fragment dzieła większego, bo nie ma całego rydwanu, a powożący trzyma jedynie lejce w dłoni. Są też posągi dwóch młodzieńców dłuta Polimedesa, najprawdopodobniej bliźniaków z Argos, Kleobisa i Bitona. Ich dobra matka Kydippe, kapłanka Hery, poprosiła, aby bogowie obdarzyli ich największym szczęściem na ziemi. Bogowie wysłuchali jej prośbę i zesłali na synów cichą śmierć we śnie.

Nad tym wszystkim góruje wysoko Parnas.

Ruszamy dalej przez górzysty krajobraz, Arachową, zimową stolicę Grecji, by zatrzymać się w Zemeno na posiłek w miłej tawernie Angelos, tym razem na talerz przystawek; a wszystkie smaczne: małe gołąbki w liściach winogron, kotleciki z cukinii, kawałek placka ze szpinakiem, do tego trochę lokalnego wina. Potem już ponad 200 kilometrów w stronę Olimpii, w tym przeprawa na Peloponez po najdłuższym pylonowym podwieszanym moście Rio-Andirio przez cieśninę między Zatoką Patraską a Koryncką.

Pod wieczór w Olimpii stajemy w hotelu Andonios i po odświeżeniu się i kolacji postanawiamy odwiedzić miasteczko wieczorem. Tu przemyślni Grecy znaleźli nieznany nam wcześniej sposób na poskromienie upału. W drzewach rosnących przy lokalach umieścili przewody rozpylające chłodną parę, którą dodatkowo rozprowadzają w powietrzu spore wentylatory. Warto usiąść pod taką rozkoszną mgiełką i napić się czegoś zimnego. Księżyc dalej kroczy po niebie, ulicami przechadzają się turyści. Zmieniły się tylko dekoracje, niektóre przedmioty, reszta pewnie istnieje jak dawniej, jak wtedy przed olimpiadami, kiedy zawodnicy, trenerzy, widzowie gromadnie przybywali do miasta.

Następnego dnia odwiedzamy starożytności olimpijskie, byliśmy już kiedyś na tym stadionie, obok świątyni Zeusa, w której stał ogromny posąg szefa wszystkich bogów, wykonany przez Fidiasza, obok jego rzeźbiarska pracownia. Stadion, świątynia Hery, gimnazjon i palestra, czyli cała wioska olimpijska. I muzeum z rzeźbą Praksytelesa, o której wcześniej pisałem, i monumentalnym fryzem z sanktuarium Zeusa przedstawiającym walkę centaurów z Lapitami i sceny związane z historią dramatycznej miłości Pelopsa i Hippodamii. Za szkłem rozmaite przedmioty codziennego użytku; wreszcie uświadamiamy sobie, czym jest to coś pośredniego między zakrzywionym nożem i sierpem. To skrobaczki usuwające „zużytą” oliwę z ciał zawodników. Już po powrocie przypominam sobie dar prof. Mariana Szarmacha, przełożony przez niego traktat Flawiusza Filostratosa O atletyce; i napotykam w nim następujący fragment, który wszystko objaśnia: „Trener nosi skrobaczkę prawdopodobnie z następującego powodu. Atleta w Olimpii musi wytarzać się w piasku w palestrze i wygrzać na słońcu, aby nie zaszkodzić swej kondycji. Skrobaczka przypomina mu o oliwie, którą powinien tak grubo na siebie nałożyć, jakby to była maść, żeby móc ją zeskrobać”. To tu w pobliżu ruin świątyni Hery co cztery lata najpiękniejsze aktorki i tancerki greckie zapalają święty znicz olimpijski, który wędruje potem przez świat.

W połowie dnia przez Argos i Tyrins kierujemy się do nadmorskiego kurortu Tolo, gdzie szereg hoteli stoi nad samym brzegiem wody. Łudząc się nieco, że na morzu wieczorem będzie odrobinę chłodniej, wybieramy się małym stateczkiem do Nafplio, pierwszej stolicy nowoczesnej Grecji. Tu urodził się legendarny Palamedes, wynalazca i ojciec licznych rzemiosł. Nad miasteczkiem góruje olbrzymia twierdza, inna, mniejsza, na wysepce w porcie. Widzimy zabytki tureckie, greckie, bizantyjskie, weneckie, bo i tu dotarli mieszkańcy tego światowego imperium. Lew świętego Marka pojawia się na budynku przy głównym placu. Wcześniej odbywam konsultację na temat współczesnej muzyki greckiej i oto nadarza się rzadka okazja upragnionego zakupu – sklep muzyczny. Znajduję dwupłytowy album koncertowy Kreteńczyka Haroulisa, który przesłuchamy nieco później na długich i dłużących się nieco trasach, w autobusie.

Minęła niedziela, a w poniedziałek zbliżamy się rankiem do sanktuarium Asklepiosa w Epidauros i ćwiczymy sztukę aktorską w największym starożytnym teatrze. 55 rzędów dla czternastotysięcznej widowni. Jakaś pani z wycieczki pyta mnie o detale architektoniczne, na szczęście tuż przed wyjazdem przeczytałem książkę prof. Michałowskiego i jego długi wywód o znaczeniu w architekturze świątyń tryglifu i metopy. I o tym, że kapitel kolumny jońskiej to nie żadne baranie rogi, a ślimacznica pochodząca od kształtu zwiniętej maty nad wejściem do szałasu. Trzeba pamiętać, że koloniści greccy w nowych miejscach nie mieli czasu na wznoszenie kamiennych budowli, a cześć bogom oddawali w budowanych naprędce świątyniach z drewna i trzciny.

Nad Kanałem Korynckim (otwarto go w 1893 roku), łączącym teraz Zatokę Koryncką z Sarońską, niebieszczącym się w wąskim przesmyku wykutym w skałach, ogromny wiatr. Zjeżdżamy do tawerny z rybami i owocami morza, gdzie po zamówieniu posiłku możemy obserwować nieduże jednostki pływające przemierzające kanał. Kiedyś było tu inaczej, ale do każdego miejsca prowadzą nowe piękne drogi, estakady, krótsze i dłuższe tunele umożliwiające pokonanie sporych odległości w krótszym czasie. Więc niedługo potem znajdujemy się w Argolidzie, w Mykenach. I oto cyklopie mury cytadeli, Lwia Brama, grób Agamemnona jak wyobrażał to sobie Juliusz Słowacki, ale badacze nazywają to miejsce skarbcem Atreusza. Złote skarby tu wykopane i groby sprzed tysięcy lat odkrył Henryk Schliemann, ten sam, który odkopał Troję.

Zmierzamy tego dnia wreszcie do stolicy. Mijamy Megarę, stąd pochodził Bizas, który w VI wieku p.n.e. założył kolonię, na miejscu której powstało Bizancjum. Na przemysłowych przedmieściach Aten jedziemy przez Elefsinę – dawne miejsce misteriów eleuzyjskich znajduje się tu gdzieś między nowoczesnymi fabrykami. W hotelu Oscar działa znów tylko jedna z dwóch wind. Zadowalamy się po kolacji wypoczynkiem w pokoju, bo trudy podróży dały się we znaki, poza tym uprzedzono nas, że ta ateńska dzielnica, blisko dworca kolejowego, nie należy do bezpiecznych. I już ranek, wzgórze Akropolu całe w blasku. Zostajemy dodatkowo wyposażeni, jak w Olimpii, w tablety, na których można zwizualizować sobie ruiny mijanych obiektów. Widzimy więc w przybliżeniu to, co oglądał na własne oczy autor Wędrówek po Helladzie Pauzaniasz. Po jakimś czasie wolę jednak patrzeć na fragmenty, ułomki kolumn – niech imaginacja działa sama, bez podpowiedzi. Potem zwiedzamy nowe Muzeum Akropolu, wcześniej istniało w wąskim budynku na wzgórzu, teraz przeznaczonym na pracownie konserwatorskie. Nowe ogromne, przeszklone. Przy kopaniu fundamentów odkryto fragment miasta z VI wieku p.n.e, więc zostawiono wszystko tak, abyśmy mogli to oglądać przez szyby pod stopami. Na najwyższym piętrze ciąg metop, płaskorzeźb zdobiących niegdyś Partenon. Większość to kopie, bo oryginały na początku XIX stulecia ukradł lord Elgin i zdobią teraz British Museum w Londynie.

Potem jeszcze lunch w zatłoczonych uliczkach, przy małym bizantyjskim kościółku, zakup płyt w tamtejszym empiku, tym razem to inny Kreteńczyk, mistrz liry, Psarantonis. I uczestnictwo w zmianie warty na placu Syntagma (Konstytucji). Zaiste, taki ceremoniał musieli wymyślić Niemcy z otoczenia króla Ottona I. Trzewiki z dużymi pomponami ważą podobno, każdy, prawie 2 kilogramy. Ewzoni podnoszą nogi bardzo wysoko, wykonują nimi dziwaczne ruchy. Wszystko to mocno nienaturalne, ale chodzi przecież o uroczystą niezwykłość.

I zaraz blisko do placu Omonia i dawnego domu Schliemanna, solidnej kamienicy, w której mieści się Muzeum Numizmatyczne. Wracamy przez Centralną Grecję, Tesalię i Macedonię do Salonik, na ostatni nocleg. Po drodze wąski przesmyk Termopile, z pomnikiem Leonidasa i jego drużyny, obok monument 700 poległych Tespijczyków, bo tego miejsca nie bronili przed Persami wyłącznie Spartanie. W pobliżu rozciągający się na 50 kilometrów malowniczy masyw Olimpu.

Następnego dnia większość uczestników kieruje się na lotnisko, my także, ale tylko aby się przesiąść do innego autobusu i pojechać na jeden z trzech półwyspów chalcydyckich, na Kassandrę. Tam w niedużych domkach położonych w ogrodzie pełnym starych oliwek i dracen mamy odpoczywać jeszcze przez tydzień, w pobliżu Morza Egejskiego.

I wreszcie pełna niekonieczność, bez budzika i obowiązków. Plan dnia reguluje słońce, które wpuszczamy rano przez otwierane żaluzje, ciepłe morze, wieczorem rosnący księżyc, kiedy jak Grecy idziemy na nadmorski bulwar na voltę, czyli promenujemy, oglądamy dzieci i starców, zakochane pary, liczne rodziny, ekscentryków wyprowadzających na spacer pieski. Siadaliśmy przy winie, patrzyliśmy. Z ciemności dochodziły głosy kąpiących się jeszcze w czarnym teraz morzu.

Każdego dnia ruszaliśmy po śniadaniu nad morze, czytaliśmy książki pod parasolami, maszerowałem tam i z powrotem wzdłuż brzegu niedużej zatoki i zbierałem piękne kamienie. Przynajmniej one nie okażą się chińskimi podróbkami, są oryginalne, w jednym egzemplarzu.

Ósmego dnia wróciliśmy z Salonik do ojczyzny, było ciepło i jasno, ale już następnego ranka, gdy wybierałem się do miasta, musiałem zapalić światło, żeby znaleźć kurtkę, a na przystanku tramwajowym spotkałem człeka w nausznikach. Po niebie przebiegały czarne chmury, zimny wiatr rozpraszał pierwsze krople deszczu.

– Gdzie ja jestem? – zapytałem się w duchu, mocno czując dziwność istnienia w tym miejscu.

Czy „wszystko” ma greckie pochodzenie? Prawie wszystko. Jeden z licznych dowodów? Mówimy często OK. A skrót ten pochodzi z greki; mniej więcej w 1830 roku greccy żołnierze na pytanie brytyjskich, czy wszystko w porządku, zwykli odpowiadać twierdząco: olla kalla. Stąd skrót brany za oczywisty wynalazek języka angielskiego.

 

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Lisowski

 

Na zdjęciach: 1) Erechtejon na ateńskim Akropolu, 2) pomnik Aleksandra Wielkiego w Salonikach, 3) meteory, 4) Lwia Brama w Mykenach.

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, wrzesień 2017.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl