Słowo „dziedzictwo” zobowiązuje. Jest obciążone ważnymi znaczeniami i lokuje się blisko takich pokrewnych mu pojęć jak tradycja, tożsamość, identyfikacja wspólnotowa, ściśle też wiąże się z moralnością i obyczajowością. A jeśli rozumie się je jako dziedzictwo narodowe, to zobowiązuje w dwójnasób, ponieważ wkracza ono wówczas w rejony historii, polityki, kultury, literatury i sztuki danego narodu. Kto go używa, powinien najpierw dogłębnie przemyśleć, czym dla niego jest dziedzictwo oraz naród. Po obejrzeniu wystawy #dziedzictwo w Muzeum Narodowym w Krakowie moim pierwszym wrażeniem było, że jej autorzy takich przemyśleń nie poczynili.

Na pierwszy rzut oka wygląda, jakby poczynili je bardzo dokładnie. Podzielili przestrzeń na dziedziny (hasztagi), sporządzili diagram tematów i pojęć, dobrali do nich dzieła sztuki z muzealnych magazynów i obudowali odpowiednim komentarzem. A następnie – jak deklaruje w słowie wstępnym kurator wystawy, dr hab. Andrzej Szczerski – zaprosili nas do rozpoznania się w tym jako w naszej polskiej tożsamości. Pytanie miało być otwarte, ale dołączone do dzieł interpretacje jednoznacznie sugerowały odpowiedzi, i to była jedna z podstawowych trudności poznawczych tej wystawy. Błądziłem po niej trzy godziny i podziwiałem bogate zbiory, pełne ciekawych i różnorodnych eksponatów, które nijak nie chciały się ułożyć w całość. Pomyślałem więc, że winę za to ponosi ubóstwo moich władz poznawczych i zagłębiłem się w dołączone do dzieł komentarze, by jasność porządku sztuki narodowej zyskać. Tu się pogubiłem od drugiej strony, to znaczy czytałem o jednym, a widziałem drugie. Im dłużej wczytywałem się w obszerne interpretacje umieszczone na tablicach tuż przy kluczowych dziełach, tym bardziej mi jedno nie pasowało do drugiego.

Na przykład na obrazie Zaślubiny Mieszka I z księżniczką Dobrawą i chrzest Polski tytułowa ceremonia odbywa się na złomowisku bożków pogańskich, a ślubu udziela obcy biskup. Domyśliłem się, że nasza tożsamość polska ukrywa się właśnie w tych pogruchotanych bóstwach lokalnych, że tam wtedy biło przerażone serce narodu polskiego, któremu odbierano najświętsze obiekty kultu i wspólnotowej identyfikacji. Bo przecież nie w cudzoziemskich mnichach ani w czeskiej księżniczce! Utwierdzały mnie w tym przekonaniu szkice sąsiednie, jak ten o Idola confringi..., gdzie obalone i wleczone jak trupy bożki mają piękne klasyczne formy i chętnie bym się do kulturowego z nimi związku przyznał. Komentarz jednak pozbawił mnie złudzeń, twierdząc, że polskość zawsze związana była z wiarą katolicką i chrzest Polski to początek naszego narodu. Co było wcześniej, nie wiadomo, ponieważ obcy mnisi niestety nie powiedzieli, dokąd zawiedli te połamane pogańskie piękności.

Pod szlachetnym hasłem „Za wolność naszą i waszą” natrafiłem na obraz Antonio Verico Bataglia di Sommo-Sierra (Bitwa pod Somosierrą), który powstał ponoć jako fascynacja bohaterstwem i odwagą polskiego żołnierza. Odważna i bohaterska ta szarża z roku 1808 na pewno była, w ciągu kilku minut 125 szwoleżerów zdobyło wąwóz, tracąc niemal połowę stanu osobowego i otwierając drogę wojskom napoleońskim do Madrytu, a tym samym do okupacji całej Hiszpanii. Później zresztą Napoleon połowę zasług w tej bitwie przypisał swoim francuskim dowódcom, a po uroczystej paradzie na cześć szwoleżerów zostawił na przełęczy niepochowane polskie trupy i pomaszerował dalej. W okupowaniu Hiszpanii przez następne kilka lat również braliśmy udział, podobnie jak nieco wcześniej w kolonialnych walkach przeciwko powstaniom niewolników na Haiti. Co się w imię wolności działo w zdobywanych przez naszych dzielnych rodaków miasteczkach, wsiach i klasztorach, Bóg jeden tylko wie, a Żeromski nieśmiało w Popiołach przebąkuje. Dla tego obrazka chwalebnego przyrządziłbym raczej kącik pod tytułem: „Za wolność nienaszą i niewolę waszą”.

Tuż obok umieszczono dzieła poświęcone walce o wolność naszą i waszą w XVII wieku. Bohaterem trzech z nich jest król Jan III Sobieski, przy czym na dwóch jest dowódcą zwycięskich wojsk (bitwa pod Chocimiem i odsiecz wiedeńska), natomiast obecność na trzecim została przez komentatorów przemilczana. Chodzi o obleganie Jasnej Góry w 1655 roku przez wojska szwedzkie, po stronie których walczył wówczas młody i zdolny strateg Jan Sobieski, podobnie zresztą jak większość polskiej szlachty. Gdyby ktoś jeszcze nie skojarzył, przypomnę: Szwedzi byli protestantami, a Jasna Góra katolicka. W pobliżu tej osobliwej manifestacji polskiego patriotyzmu i katolicyzmu znajduje się komentarz autorów wystawy mówiący o tym, że katolikami byli polscy władcy i większość obywateli, a Polska uznawała się za przedmurze chrześcijaństwa.

Jak mówi Fernand Braudel w Gramatyce cywilizacji, najważniejsze są mapy. W dziale „Geografia” obejrzeć można takie osobliwości, jak XIX-wieczna mapa Polski haftowana ludzkimi włosami i niedokończona „z przesilenia wzroku”. Naprawdę wzruszyło mnie to bezinteresowne, emocjonalne poświęcenie kobiety, która przez wiele lat ślęczała nad skomplikowaną i iście benedyktyńską robótką, nikomu niepotrzebną, ale wyrażającą ofiarny patriotyzm. Nic nie wiemy o nieszczęsnej Filipinie Pełczyńskiej prócz tego, że była z Szymbarku. Z komentarza dowiadujemy się jednak, że cnotą kobiet w XIX wieku, także tych bogatych, była pracowitość (chyba autor nie czytał Lalki!). A to darły koszule na szarpie dla rannych powstańców, a to sporządzały ciepłe gacie na Sybir, a w wolnych chwilach haftowały mapy z włosów. Komentarz nie dodaje, że te bogate kobiety miały służbę i maniakalne wyszywanie służyło raczej zabijaniu nadmiaru wolnego czasu niż pożytecznemu zajęciu dla dobra ogółu. Dowiadujemy się natomiast, że ludzkich włosów „zwykle używano w celu podkreślenia zaangażowania uczuciowego”, czyli praktyka była powszechna (prosiłbym o więcej przykładów). Domyślam się, że za materiał służyły kłaki rwane z głów w rozpaczy po przegranych powstaniach.

Spośród innych map zwraca uwagę Kolebka chrześcijaństwa i tygiel demokracji, obraz Włodzimierza Pawlaka z 1988 roku, jako ironiczne świadectwo obsesji na punkcie polskości. Jest to dosyć grubo narysowana mapa Polski w najszerszych możliwych granicach, czyli z włączeniem wszystkich terytoriów, jakie kiedykolwiek należały do niej w ciągu tysiąclecia istnienia państwa. Sięgamy od Berlina po Donieck oraz od Tartu i kurlandzkiej Dundagi po Czerniowce i Suczawę. Polska od morza do morza. Jesteśmy – wbrew powszechnej wiedzy oraz logice – kolebką chrześcijaństwa i zarazem demokracji. A wszystkie ziemie naokoło w kolorze żółtym, który jak wiadomo symbolizuje zdradę. Do tego galeria głów władców polskich, z zamkniętymi oczyma, jak po dekapitacji, z Lechem Wałęsą na końcu jako naszym najnowszym królem. Uderzyła mnie psychodeliczność tego obrazu, jakby malowanego w ciasnej celi o ścianach wyłożonych gąbką i zapełnionych tysiąc razy powtórzonym na wszelkie sposoby: Polska... Polska... Polska (kolor żółty oznacza też nadwrażliwość i dewiację psychiczną – tzw. żółte papiery). Ten obraz powinien stać się szyldem wystawy, ponieważ świetnie ilustruje skutki uporczywego, bezrefleksyjnego powtarzania tego samego.

Do sali poświęconej obywatelom przechodzi się obok obrazu Ukrzyżowanie Leszka Sobockiego. Przedstawia on ideę Polski-Chrystusa na krzyżu, a jego symbolika odnosi się do czasów narodzin „Solidarności” i buntu, który czai się za zbiorowym cierpieniem narodu jak trzecia ręka zza zwisającego ciała. Ta ręka według komentatorów oznacza Dawida (Polskę) gotowego do walki z Goliatem (Rosją sowiecką), choć sam artysta twierdził, że nawiązuje do słynnego Strajku Stanisława Lentza z 1910 roku. To interpretacyjne przesunięcie wydaje się znamienne: całego wielkiego ruchu robotniczego XX wieku na wystawie nie ma. Jest jeden mały rysunek Robotnicy w fabryce z lat 30., o którym dowiadujemy się, że zło kapitalistycznego wyzysku było kwestią lewicowej interpretacji i że babka autora, Leopolda Lewickiego, miała żydowskie pochodzenie.

No właśnie – ci nieszczęśni Żydzi polscy. Na progu działu „Obywatele” wita nas deklaracja, że polskie dziedzictwo było dla różnych grup etnicznych wielokulturowej Rzeczypospolitej na tyle atrakcyjne, że wszyscy chcieli się z nim utożsamiać. Hmm. Cały problem polegał na tym, że niekoniecznie chcieli. Każdy chce przede wszystkim być sobą, tak jak bohaterowie i autorzy wystawy, a jeśli nawet zgłasza akces do nowo nabytej przynależności narodowej i jest entuzjastycznym polskim neofitą, nie jest pewne, że „prawdziwi Polacy” przejawiają z tego tytułu podobny entuzjazm. Oddzielanie, kto ma, a kto nie ma żydowskiego pochodzenia, trwa w Polsce w najlepsze do dzisiaj i jak widać na przykładzie Lewickiego, autorów wystawy ta zabawa również nie ominęła. Mówią, że ma być egalitarnie i wielokulturowo, ale wcale zgromadzone zbiory mnie nie przekonały, że Polska stanowi również dziedzictwo polskich chłopów, mieszczan i kupców, polskich Żydów, Ormian, Romów, Tatarów, Ślązaków, Kaszubów, Litwinów, Niemców, Hucułów, Łemków – listę można wydłużać. Przeciwnie – dziedzictwo polskie według interpretatorów w zasadzie ograniczone zostało do tradycji szlacheckiej, rycerskiej i sarmackiej oraz religii katolickiej. A gdyby się nad tym ciężkim w znaczenia słowem trochę głębiej zastanowili, może rzuciłby się im w oczy satyryczny rysunek Legion włoski, który wystawili obok Dobroczynnego wpływu sztuki bez podpisu i komentarza. Gruby mieszczuch na koniu prowadzi zastęp zbrojnych w kosy pejsatych Żydów do walki o niepodległość. Żart mocny i z lekka antysemicki, ale pomysł utworzenia legionu z żydowskich i tatarskich mieszkańców dawnej Rzeczypospolitej był całkiem poważny i należał do Adama Mickiewicza w ostatnich latach życia. Juliusz Kossak namalował nawet o tym akwarelę: Adam Mickiewicz z Sadykiem Paszą w Turcji...

Moi przodkowie należeli do małopolskich chłopów, robotników oraz w porywach mieszczan i poważnej, tożsamościowej opowieści o nich na wystawie nie znalazłem. Zamiast niej otrzymałem taką, że polski król już tysiąc lat temu pukał mieczem w kijowską bramę, że Polacy rozsławiali imię Polski po całym świecie, dlatego granice wyobrażone naszej ojczyzny obejmują całą kulę ziemską, oraz że walka o wolność naszą i waszą oznacza również zarzynanie komunistycznej świni. To ostatnie było niesmaczne i niewiele miało wspólnego z kulturą, także narodową. Obraz Jarosława Modzelewskiego pochodzi z roku 1983 i przedstawia dosyć dosłownie tzw. świniobicie, wówczas popularny sposób zdobywania mięsa, wobec powszechnych braków na rynku. Owszem, kto chce, może wedle woli dopisywać polityczne i ideowe interpretacje, ale twierdzenie, że powszechnie wówczas dygnitarzy PRL-u nazywano „czerwonymi świniami” jest grubą i grubiańską przesadą. W stanie wojennym byliśmy sfrustrowani, przerażeni, przygnębieni, zbuntowani, ale nie przypominam sobie, byśmy masowo biegali po ulicach z nożami w obławach na komunistów. Jeśli już, to raczej oni biegali za nami.

Zamiast tego typu nieprzystojnych elukubracji (pominiętych w katalogu, czyli jakieś resztki wstydu jednak zadziałały) wolałbym znaleźć fachowe wyjaśnienie historyków sztuki, dlaczego paradny rząd koński hetmana Stefana Czarnieckiego jest tatarski. Albo jak to się stało, że w Moskwie w 1826 roku ukazało się pierwsze polskie wydanie Sonetów Mickiewicza, który był wówczas rosyjskim zesłańcem i ofiarą straszliwych filomackich procesów. Albo dlaczego na wystawie w Krakowie jedyna fotografia synagogi przedstawia tę z Gwoźdźca na dalekiej Ukrainie. Albo dlaczego za najważniejszy polski obraz religijny uważa się tutaj Jezu ufam Tobie i gdzie w takim razie jest miejsce dla obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Albo dlaczego Polskę nazywano „krajem bez stosów”, skoro na naszych ziemiach ludzi na stosach palono do końca I Rzeczypospolitej.

Albo, albo... Nie wiem, może się czepiam. Może powinienem z pokorą łykać te ideologiczne kulki i obrastać dumą narodową jak gęś tłuszczem, od czego jak wiadomo ciało przybiera na masie, ale rozum spowalnia. Może powinienem zapomnieć o swojej historycznej i kulturowej wiedzy i podążać grzecznie za wskazówkami autorów. Zapomnieć o swoich przodkach, którymi byli również chrystianizowani na siłę Słowianie i palone na stosach czarownice, pańszczyźniani chłopi i wyzyskiwani robotnicy, przeganiani arianie i sekowani grekokatolicy, o Żydach nie wspominając – i utożsamić się ze szlachcicem. Z rubasznym Sarmatą, który najpierw przehulał ojczyznę zwalając winę na wszystkich wkoło, a potem z maniackim uporem chciał przywrócić poprzedni status, którego nikt oprócz niego nie pragnął. I chyba o to w tej wystawie chodziło. Widzowie wcale nie mieli wyciągać własnych wniosków i wchodzić w jakiś otwarty, ogólnonarodowy dialog na temat polskości, tylko posłuchać po raz setny prostej bajeczki o narodzie polskim, jego przywiązaniu do katolicyzmu i szlachetnej tożsamości zbiorowej, walczącej za wolność naszą i waszą. Kto się tej – powiedzmy to wprost – dosyć ciasnej wizji polskości nie poddał, błądził wśród ciekawych eksponatów bezradnie, poszukując całości innej od sugerowanej. Stąd wrażenie, że wystawa swoje, a autorzy swoje.

Świetnym zwieńczeniem tych poznawczych trudności jest drugie piętro, zwane ikonostrefą, gdzie na 30 sześcianach zgromadzono 120 fotografii, obrazów oraz cytatów, z czego każdy może sobie ułożyć własną całość. Układałem długo i nic nie wychodzi. Szukałem zdjęć z wręczania Nagród Nobla dla Miłosza, Wałęsy i Szymborskiej, ale nie znalazłem. Przeszłość jest zbiorem faktów, które możemy dobierać i segregować bez końca, i niewiele to daje. Coś powinno z tego wynikać, poza zabawą w obrazki, ale nie wynika. W interpretacyjnej desperacji pomyślałem, że w ikonostrefie autorzy wystawy dokonali harakiri i obnażyli bezsensowność wszystkich swoich ideologicznych presji, swoją tendencyjność i sztuczność. Przyznali się, że ta infantylna bajka o polskości to tylko tak na niby, żeby wypełnić zobowiązania wobec sponsora. Ale ku takiemu odczytaniu też żadnych wskazówek nie znalazłem.

Dałem wystawie ostatnią szansę i w sklepiku na dole zakupiłem katalog. Wielgachne tomiszcze o masie i wymiarach zaczepno-obronnych nie anulowało niestety moich sceptycznych podejrzeń. Przeciwnie, w tekstach wprowadzających wyczytałem jeszcze jedno potwierdzenie, że chodzi o ideologiczne wsparcie polityki historycznej i kulturowej obecnej władzy, i umocnienie nas w ciasnym, katolicko-narodowym patriotyzmie. Powstanie wielkiej Polski to „narodziny gwiazdy” (Andrzej Nowak), a dziedzictwo Sarmacji to „nasza tradycja kluczowa” (Krzysztof Koehler). Wprawdzie zastrzega się, że dobrą przyszłość może zapewnić tylko „pamięć i o tym, co chwalebne, i o tym, co bolesne” (Maria Cieśla-Korytowska), zaraz jednak jej rozsądek przekreślony zostaje pseudonaukowymi wynurzeniami o zdumiewającej w XX wieku równoczesności ludobójstwa i rozkrzewienia „kultu Bożego Miłosierdzia” (Krzysztof Dybciak). Wystarczy przyjrzeć się związkowi pomiędzy antysemityzmem polskiego kleru i przebiegiem holokaustu na ziemiach polskich, by ta równoległość ze zdumiewającej przeszła w złowrogą.

Układ katalogu jest inny niż przewodnika po wystawie, inne też są numery porządkujące, co wzmaga jeszcze poczucie chaosu. Co więcej, komentarze umieszczone obok obrazów różnią się od tych w katalogu. Może więc jednak chodziło o różnorodność, tylko taką reglamentowaną przez samych komentatorów? Objętość publikacji sugeruje, że umieszczono w niej wszystko, ale okazuje się, że nie. Znowu układanka, na jeszcze inny sposób.

Wyszedłem po trzech godzinach zmęczony i na duszy obolały, a przecież w swojej tożsamości wcale nie umocniony i dziedzictwa nadal nieuświadomiony. Choćbym pragnął z całych sił, nie miałem się z czym utożsamić, bo przecież nie z tą czytanką dla grzecznych dzieci o pięknej ojczyźnie naszej. Porównywanie tej wystawy do Polaków portretu własnego z 1979 roku również wydało się dętym nadużyciem. W tamtej odnajdowaliśmy swoją tożsamość wbrew władzy i jej autorytaryzmowi, w tej autorytarna władza usiłuje nam wmówić tożsamość wbrew nam. Tamta nas budziła, ta usypia. Hasztag miał oznaczać słowo kluczowe, a dudni pustką. Wszystko dlatego, że prawdziwe polskie dziedzictwo jest znacznie bogatsze i głębsze, niż się jednemu czy drugiemu ideologowi wydaje.

Usiadłem na schodach muzeum i spojrzałem na wzniesioną przed wejściem Tężnię sztuki Roberta Kuśmirowskiego. Sterty starych i zniszczonych przedmiotów użytkowych – od książek przez urządzenia elektryczne do zardzewiałych wanien i zdezelowanych wózków inwalidzkich – ułożone w kilkumetrowe ściany, między którymi można się przechadzać. Tak, może to jest najlepsza figura naszego dziedzictwa: kupa złomu i gimnastyka intelektualna, co to znaczy.

Machnąłem ręką i poszedłem na Rynek na kawę. Tam wszędzie wkoło jest dziedzictwo, zwyczajne i bez zadęcia.

 

Krzysztof Zajas

 

Autor – literaturoznawca, kulturoznawca, prozaik i tłumacz, jest dr. hab., prof. UJ kierującym Katedrą Międzynarodowych Studiów Polonistycznych. Prowadzi m.in. zajęcia z poetyki i teorii literatury oraz kultury popularnej, nadto polem jego zainteresowań badawczych jest kulturowy aspekt gier komputerowych. Autor bestsellerowego cyklu powieści kryminalnych Trylogia grobiańska (Ludzie w nienawiści, 2014; Mroczny krąg, 2015; Z otchłani, 2016) oraz powieści Oszpicyn (2017).

 

Na zdjęciach:

 

1) Jacek Malczewski, Autoportret, olej na płótnie. Fot. MHK

2) Leszek Sobocki, Polak, olej na płótnie. Fot. MHK

3) Jerzy Nowosielski, Św. Paraksewa Męczennica, ikona, olej na desce. Fot. MHK

4) Fot. Bartosz Cygan

5) Andrzej Sadowski, Ulica Piotrkowska III, Reprodukcja MHK

6) Stanisław Batowski Kaczor, Autoportret Tatar. Fot. MHK

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, wrzesień 2017.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl