Tymi słowy zwrócił się do Pana Boga marszałek Senatu Stanisław Karczewski po kontrmanifestacji Obywateli RP na Krakowskim Przedmieściu, w której po raz pierwszy wziął udział Władysław Frasyniuk, znany w PRL-u opozycjonista. Jego „wyraz twarzy – donosił na Twitterze trzeci w hierarchii Najjaśniejszej przedstawiciel władzy panującej – mówi wszystko. Niżej upaść nie można”. Kto niżej upadł, to jednak rzecz dyskusyjna. Frasyniuk, gdy go policjanci usuwali z jezdni, żeby mógł nią bez przeszkód dumnie kroczyć Prezes z kościoła, gdzie odmówił paciorek, pod Pałac Namiestnikowski, gdzie wygłosił 86. miesięczne kazanie z drabinki, miał do ziemi jeszcze parę centymetrów. Na oko trudno to było zmierzyć, ale w każdym razie tyłkiem po asfalcie nie szorował, co zawdzięcza niewątpliwie podwładnym ministra Błaszczaka. Natomiast lektura wpisu Karczewskiego na Twitterze zdaje się świadczyć, że on nie dupą, a głową sięgnął dna. Oto szczyty myśli, na jakie wzniósł się były dyrektor i ordynator szpitala w Nowym Mieście nad Pilicą, a obecnie marszałek Senatu Rzeczpospolitej: „To są barbarzyńcy. Nie ma dla nich świętości. Dobrze, że w Polsce nie ma łatwego dostępu do broni, bo ci nienawistnicy strzelaliby do nas”.

Barbarzyństwo było też lejtmotywem czerwcowej mowy Prezesa pod siedzibą Dudy. Marszałek, który tę godność naczelnikowi z Nowogrodzkiej zawdzięcza i ma ponoć do niego dostęp – w przeciwieństwie do Pana Prezydenta – o każdej porze, wiedział zatem, w jaką strunę powinien uderzyć. Aliści ten laluś, dbający o prezencję i tzw. dobre maniery (mógłby Francuzów uczyć posługiwania się widelcem), wyróżniający się niewątpliwie odzieniem i zachowaniem wobec dziennikarek wśród PiS-owskich troglodytów, nie bardzo wie, o czym mówi. No bo jeśli dla niego symbolem barbarzyństwa stał się Frasyniuk i kontrmanifestanci na miesięcznicach Prezesa, to jakiego określenia użyje wobec prokuratora Pasionka, który rozkopuje groby ofiar katastrofy smoleńskiej – nierzadko wbrew woli rodzin – po to tylko, żeby znaleźć dowody na obłędne teorie zamachu niejakiego Macierewicza. A ponieważ ich nie znajduje, to epatuje opinię publiczną ciągle rosnącą liczbą różnych części ciał znajdowanych w trumnach, w których ich być nie powinno. Ale o tym, jak i o zamianie ciał w paru przypadkach, wiedziano już kilka tygodni po katastrofie. Mało kto ma też odwagę powiedzieć, że po takiej katastrofie jak smoleńska, nie umniejszając błędów i braku staranności strony rosyjskiej, pełna rekonstrukcja ciał ofiar jest w ogóle niemożliwa i z tego powodu w wielu krajach znajdują one miejsce wiecznego spoczynku w zbiorowej mogile. Tymczasem nam zafundowano dance macabre, który potrwa – jak zapowiada Pasionek – do późnej jesieni przyszłego roku. Niestety, marszałkowi Senatu RP te praktyki nie kojarzą się z barbarzyństwem, choć niektóre religie ich zabraniają. Z tego powodu na przykład nie rozkopano miejsca pod stodołą w Jedwabnem.

Ale wróćmy do rozumu, skoro Pan Marszałek apeluje do samego Pana Boga o jego przywrócenie. Ciekawe, dlaczego tak bardzo mu zależy, żeby w pełni władz umysłowych był Frasyniuk, a w ogóle się nie troszczy o stan umysłu swego idola oraz innych prominentnych postaci IV RP. Przecież Prezes już dawno stracił nad nim kontrolę, skoro na każdej kolejnej miesięcznicy obwieszcza, że jesteśmy coraz bliżej prawdy, a tymczasem ta jego prawda o Smoleńsku oddala się wraz z Berczyńskim za ocean. Podobnie ma się rzecz z agentami. Ponoć wszędzie ich pełno, tylko służby Kamińskiego nie mogą ich namierzyć, bowiem państwo PiS istnieje też teoretycznie. Natomiast sprawdza się zapowiedź powrotu PRL-u, lecz Prezes nie dodaje, że za jego głównie sprawą. On sam zaś upodabnia się coraz bardziej do Gomułki, co dawno zauważył Stefan Niesiołowski, wiarygodny świadek tamtej epoki. Z wyglądu, a zwłaszcza w zachowaniach oraz mowach wiecowych, to już prawie kopia i bredzi też niemożebnie. Toteż jeśli Karczewski zauważa wokół siebie deficyt rozumu, to najbliżej ma do Prezesa.

Niedaleko ma też do Pani Premier. Ta z kolei im mniej znaczy, a przecież nigdy nie miała wiele do powiedzenia, tym bardziej się napina i podkreśla swoje „ja”. Brzmi to dość komicznie, gdy w Brukseli obwieszcza: „Ja nigdy się nie zgodzę na takie traktowanie”, albo kiedy w kraju o członkach rządu mówi: „moi ministrowie”. Ostatnio wygłosiła płomienną tyradę do Europy (na występ w Auschwitz spuśćmy zasłonę miłosierdzia), wzywając ją, by powstała z kolan. Sama jednak ma kłopoty z utrzymaniem pozycji wyprostnej, kiedy na biurku dzwoni telefon z Nowogrodzkiej.

Na koniec ostał się nam Pan Prezydent. Dwa lata mijają, jak wybrał go na ten urząd suweren, a on dopiero przy okazji zbliżającej się setnej rocznicy odzyskania niepodległości zorientował się, że jemu też by wypadało wybić się na niepodległość. Na razie prowadzi konsultacje w sprawie referendum konstytucyjnego z Kukizem, niewątpliwie najbardziej godnym partnerem do takich rozmów. Ale jak mawiał Sabała: swój ta wej do swojego ciągnie.

A marszałkowi Karczewskiemu, zatroskanemu o stan umysłu tylko opozycji, warto przypomnieć, że naprawdę źle się dzieje wtedy, kiedy rozum śpi! Bo wówczas budzą się upiory, na co pod rządami PiS-u mamy coraz więcej dowodów.

 

Medioman

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, lipiec-sierpień 2017.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl