Piwniczność – najlepszy towar eksportowy Krakowa. Chyba w żadnym mieście muzyka nie jest tak dosłownie undergroundowa. Nie idzie jednak o częstotliwość występowania historycznych podziemi, a klaustrofobiczny klimat otoczenia starymi murami i knajpianą dekadencją.

Generalizuję, ale w muzyce niezwykle ważne jest to „coś”– impuls, który płynąc wraz z dźwiękami, uruchamia wyobraźnię. Magia Krakowa dla całej reszty świata kryje się w mrocznych zaułkach i godzinach przesiedzianych przy knajpianym stoliku. Meandry uliczek idealnie oddają zakrzywienia ludzkiego losu i psyche. Nie bez powodu naszymi „wizytówkami” są Świetlicki oraz Maleńczuk,a i Turnau najbardziej lubiany jest z powodu rozmytej deszczem Brackiej. To oni do tej pory najlepiej nieśli nasze specyficzne, krakowskie klimaty pod polskie, a nie tylko małopolskie strzechy.

Pojawia się jednak szansa na powiew świeżego powietrza. Znad Lasku Wolskiego przynosi je wiosenny wiatr oraz nowa płyta zespołu Vladimirska.

Okoliczności przyrody

Lasek Wolski pojawia się tu nie bez powodu. To właśnie w nim płyta Paper Birds została nagrana latem ubiegłego roku. Rejestracji dźwięku w plenerze podjął się Tomasz Kruk, ktory parę lat wcześniej zainicjował ideę Backyard Music. Najprościej rzecz ujmując: krakowskie zespoły grały i śpiewały jedną piosenkę w miłych „okolicznościach przyrody”. Vladimirska także w Backyard Music wzięła udział pięknym utworem z „dachami o zmierzchu” w roli głównej. Właśnie o takim niesieniu ulotnych wrażeń była mowa parę zdań wcześniej. Muzyka brzmi, a oczy wyobraźni widzą dokładnie te blaszane dachy, wraz z kominami i antenami. Czy są rozgrzane słońcem, pomału stygną i zaczynają odbijać blask księżyca? A może pokrywa je kołderka śniegu? Na poddaszu świeci się lampka i ktoś czyta przed snem wiersze Szymborskiej? Każdy zobaczy coś innego i na tym polega moc Vladimirskiej – przy muzyce tego zespołu nie da się myśleć o kupowaniu pralki. Nawet jeżeli zespół pozostawi nas bez tekstowej wskazówki, nasze myśli oderwą się od prozaicznych spraw. Wracając jednak do rzeczywistości – ta podczas nagrań jednak trochę skrzeczała, a właściwie szumiała deszczem, spadającym akurat w chwili, gdy muzycy brali się do pracy. Na szczęście 10 lutego Papierowe ptaki oficjalnie wyfrunęły z lasu i teraz każdy może trzymać je u siebie w komputerze, odtwarzaczu CD albo... na płycie gramofonu, bo wersja winylowa też jest.

Osobno, a jednak razem

O założycielce Vladimirskiej – Scotii Gilroy – już pisaliśmy. Dziewczyna z Kanady przyjechała do Krakowa, by na stałe zamieszkać w mieście nadgryzionych zębem czasu kamienic i rozklekotanych tramwajów. To tutaj zapragnęła grać na akordeonie jak uliczny grajek i wkrótce (często z pomocą ogłoszeń) zebrała grono doborowych muzyków, którzy profesjonalizm połączyli ze swobodą i otwartością wędrowców. Obok Scotii, która skomponowała muzykę i napisała teksty, Paper Birds stworzyli: Leszek „HeFi” Wiśniowski, Zbyszek Szwajdych, Adrian Górka, Kuba Duda, Kamila Drabek i Samuel Calabuig. Pomimo indywidualności każdego z muzyków brzmienie Vladimirskiej jest zdyscyplinowane. Bogate i urozmaicone, ale nieprzegadane. Każdy instrument ma szansę zaprezentować się w bardzo wyraźny sposób. Kiedy chwilę świetności ma flet, trąbka, akordeon czy gitara, cała reszta nie mniej świetnie pomaga soliście w czynieniu dobrej roboty. To sprawia, że Vladimirska w całej swojej rozmaitości gra i śpiewa jednym głosem.

Pamiętajmy przy tym, że zespół wystartował, grając muzykę instrumentalną. Także na Paper Birds znalazły się dwie kompozycje bez słów, co statystycznie stanowi dokładne przeciwieństwo debiutanckiego albumu Night Trains. Scotia musiała odbyć sama ze sobą poważną rozmowę i przekonała się do zaśpiewania większej liczby piosenek. Jeszcze parę lat temu, gdzieś w tyle jej głowy kołatało przekonanie, że ktoś przy mikrofonie powinien zadziwiać świat wokalnym kunsztem, a w przypadku kobiety kusić dodatkowymi atrybutami. Na szczęście w końcu uznała, że będzie śpiewać tak, jak czynią to jej ulubione wokalistki. Te sprzed lat: Marianne Faithfull, France Gall, Moe Tucker i Nico, czy bardziej współczesne: Soko, Emmanuelle Seigner, Carla Bruni czy Charlotte Gainsbourg. Zamiast wokalnych popisów raczej woli snuć opowieść w sposób prosty, niewymuszony i jak się okazało – pełen naturalnego uroku.

Co to za muzyka, jaką gra Vladimirska? Wielbiciele etykiet mogą być nieco skonfundowani. Swojego czasu sam zespół próbował określić swoje brzmienie mianem retro-cyrkowego. Retro z pewnością pozostało. Scotia niekoniecznie zadowolona jest z określenia „folk”, które też do jej grupy się przylepiło. Na pewno z klasycznej definicji folku pasuje tu autentyczność. A zatem jest prawdziwie, nade wszystko akustycznie, niezwykle melodyjnie i harmonijnie.

Vladimirska robi wrażenie

Dosłownie. Można analizować partie instrumentalne, ale lepiej zanurzyć się w dźwiękach. Pozwolę sobie zacytować samą siebie z artykułu sprzed paru lat: „Słuchając kompozycji zespołu, całkiem już dorosły człowiek czuje się szczęśliwy, jakby buszował w stercie zabawek z dzieciństwa. Vladimirska niesie ze sobą radość odkrywania zardzewiałych skarbów na stoisku ze starociami, niedzielnej wycieczki do zoo i karmienia wiewiórki w parku”. Nic pod tym względem się nie zmieniło. Wraz z tekstami kompozycje wzbogaciły się jednak o historie Scotii, która na świeżo, ale i refleksyjnie ogląda polską rzeczywistość. Kiedy Scotia przyjechała do Krakowa, zachwyciły ją rozklekotane tramwaje o wdzięcznym przydomku „akwarium”.

Mieszkańcy miasta przywykli do nich przez lata, a przybyszowi z Kanady konstal 105N zdał się w pierwszej chwili wehikułem czasu. Akwaria w zeszłym roku niemal zniknęły z torowisk, a ja już za nimi tęsknię, zwłaszcza kiedy oglądam teledysk do utworu Trams.

Wszystko się zmienia, o czym mowa w piosence Golden Fields (Złote pola). Uwieczniony w niej został Dolny Śląsk, jaki Scotia zapamiętała z rowerowej wyprawy. To utwór o tym, że świat, przynajmniej w niektórych aspektach, wydaje się trwać, ale to nieprawda. Każdego dnia patrzymy na niego od nowa, bogatsi o własne przeżycia i zmieniające się nastroje. Mamy jednak szansę ułożyć własny album najpiękniejszych obrazków ze swojego życia. Możemy do nich wracać, ile razy zapragniemy. A poza tym trzeba odważnie lecieć do przodu, machając skrzydełkami. Nawet papierowymi, jeśli inne nam się nie trafiły.


Agnieszka Barańska


 

Tekst z kwietniowego numeru „Krakowa”.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl