Email

Wielkanocna pielgrzymka

Z tego, co udało się do tej pory ustalić, wcale jednoznacznie nie wynika, że Stanisławski Jan Tadeusz postawił na swoim. Nie wszystkich udało mu się bowiem przekonać do poglądu o wyższości świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia. Dociekania profesora mniemanologii stosowanej godne są jednak uznania za odkrywcze i obowiązujące. Niniejszym deklaruję swoje gorące wsparcie dla tych pionierskich przekonań. Jednak Wielkanoc.

Wiosna jest tą porą roku, kiedy człowiek sam od siebie, bez niczyjej podpowiedzi, dochodzi do krzepiącego wniosku, że jednak było warto. Warto było przezimować, przeczołgać się przez długie i mroczne wieczory, aby po tym wszystkim na nowo obudzić w sobie nadzieję, że coś tam jeszcze jest przed nami. Boże Narodzenie to czysta liryka, ukojenie, śniegiem przysypane (to znaczy powinny być przysypane) pola i lasy. A Wielkanoc to wybuch zieleni, gejzer przekrzykujących się głosów, radość obudzonej na nowo przyrody. A to znaczy, że jeszcze może być dobrze. Tyle tylko, że i w takich chwilach trzeba umieć spoglądać o te dwa, trzy zakręty dalej. Bo na horyzoncie zawsze pojawić się mogą burzowe chmury.

Aby więc skutecznie uzbroić się przeciwko wszelakim pułapkom tego świata, trzeba się wyciszyć, uspokoić, zdystansować. A najlepiej dokonać tego – i to ostatecznie przesądza o racjach Tadeusza Jana Stanisławskiego – właśnie podczas świąt Wielkiej Nocy. Jest takie miejsce w Krakowie, gdzie udać się można o tej porze po porcję pozytywnej energii. Zapraszam.

Nie oglądają telewizji, nie słuchają radia, nie mają komórek, nie znają internetu. Nie jedzą pokarmów mięsnych, a we wszystkie piątki roku i w czasie 40-dniowych postów poprzedzających Boże Narodzenie i Wielkanoc powstrzymują się także od wszelkiego nabiału i jaj. Skromne wegetariańskie posiłki spożywają w odosobnieniu w swoich celach. Tylko kilka razy w roku, przy szczególnych okazjach, zbierają się w refektarzu. Tylko trzy razy w tygodniu, we wtorki, czwartki i soboty, mogą pozwolić sobie na krótką pogawędkę, odbywaną półgłosem i na uboczu. Nie odwiedzają rodzin. Żyją otoczeni wysokim murem, w oddzielnych celach (pustelniach). Dla tych, którzy odznaczają się wyjątkowym powołaniem, istnieje możliwość tzw. rekluzji, to jest życia w całkowitym odosobnieniu. Bez utrzymywania jakichkolwiek kontaktów nie tylko ze światem zewnętrznym, ale również i z innymi członkami tej zakonnej wspólnoty.

Kameduli. Zakonnicy, których regułą jest pustelniczy tryb życia, modlitwa i praca. Wstają o 3.30 nad ranem, zaraz potem udają się na pierwszą modlitwę, po niej wracają do swoich cel i oddają się lekturze ubogacającej duszę. O 5.45 przychodzą na jutrznię, po niej jest msza, potem modlitwa brewiarzowa. Podczas modlitw w kościele nie używa się organów ani żadnych innych instrumentów muzycznych. Śniadanie jest pomiędzy 7.00 a 8.00, potem do 11.30 praca fizyczna, którą w skupieniu i milczeniu wykonuje się w kuchni, pralni, ogrodzie, świątyni. Modlitwy są jeszcze przed obiadem i po nim. Przed kolacją jest różaniec, a po kolacji czytanie duchowe, nieszpory, litania loretańska, Anioł Pański, a na koniec modlitwa za zmarłych i jeszcze raz różaniec. Wszystko tak zaplanowano, aby i w dzień, i w nocy nie było czasu na nic innego poza wypełnianiem reguły. Bezczynność plami bowiem czystość duszy.

Twórcą tych surowych zasad był Romuald (952–1027), włoski mnich ogłoszony świętym już w roku 1032. To on w 1012 roku przybył do Camaldoli i zbudował dla siebie małe drewniane pomieszczenie, wokół którego szybko wyrastać zaczęły skromne cele jego naśladowców. Klasztor położony jest w sercu Toskanii, 50 kilometrów na północ od Arezzo, pośród zalesionych gór nad malowniczą doliną rzeki Arno, blisko nieba, bo na wysokości 1100 metrów. Mikołaj Wolski, marszałek wielki koronny, przyjaciel króla Zygmunta III i cesarza Rudolfa II, w 1603 roku sprowadził do Polski tych właśnie kamedułów. Długo szukał dla nich stosownego miejsca. Uznał wreszcie, że nad Wisłą kawałkiem dalekiej Toskanii mogą być dla nich lesiste wzgórza po zachodniej stronie Krakowa.

Te dobra, nazywane kiedyś Pagórkami św. Stanisława, należały do Sebastiana Lubomirskiego, właściciela majątków na polskim Spiszu (to na południe od Tatr), który niewyobrażalnie wielkich pieniędzy dorobił się na wielickiej soli. Wolski wyprawił wystawną ucztę z udziałem królewskich dostojników, książąt i biskupów, podczas której strumieniami lało się wino. Uraczony wyśmienitym napojem Lubomirski podpisał w obecności świadków akt darowizny tej ziemi na rzecz pustelników. Obdarowany został za to całą srebrną zastawą, która w czasie uczty służyła biesiadnikom. Dlatego wzgórze nazywane jest odtąd Srebrną Górą (Mons Argenteus). Mówi się także o tym miejscu Bielany, a to dlatego, że białe są habity tutejszych zakonników. Natomiast toskańskie Camaldoli przełożyło się na polskie określenie zgromadzenia – kameduli.

Eremy, pustelnicze domki dla zakonników, powstały w latach 1605–09. Świątynię pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny zaczęto wznosić w 1610 roku na podstawie projektu przywiezionego z Rzymu. Fasada jest dziełem włoskiego architekta Andrei Spezzy. Pod prezbiterium powstała krypta z kaplicą i katakumbami, gdzie grzebie się zmarłych członków zgromadzenia. Nad wejściem do świątyni umieszczono epitafium Mikołaja Wolskiego. Fundator klasztoru parał się alchemią i czarną magią. Zgodnie z jego ostatnią wolą pochowano go w kamedulskim habicie pod posadzką, przy wejściu do kościoła, w miejscu, po którym stąpa się, wchodząc do świątyni. Na marmurowej płycie wyryty jest łaciński napis: „Ze strachem myślę o czynach moich i przed Tobą się rumienię. Gdy przyjdziesz sądzić, Panie, nie chciej mnie potępić”.

Święta Wielkanocne to czas, kiedy progi zakonnego kościoła na Bielanach przekraczać może każdy, także i kobiety. Taka wiosenna wyprawa na to święte wzgórze pomaga uwolnić się od krzykliwej codzienności, skłania do głębszych osobistych przemyśleń. Można wtedy w ciszy i skupieniu stawiać przed sobą ambitne cele, planować lepszą przyszłość, ślubować porzucenie słabości. Ale patrząc przed siebie, trzeba jednak uważać, aby nie zaplątać się we własne sidła. I uniknąć choćby losu, jaki zgotował sobie nie kto inny, jak najbardziej wyrafinowany z nowojorczyków, Woody Allen: „Rzuciłem palenie. Chciałem przedłużyć sobie życie o parę tygodni. Padało”.

 

Mieczysław Czuma

 

Tekst z kwietniowego numeru „Krakowa”.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl