Wpadła mi ostatnio w ręce osobliwa lektura, a mianowicie pamiętniki Odona Bujwida Osamotnienie. Czytał pan?

– Czytałem – fascynująca to rzecz. Kapitalne źródło do poznania wybitnego naukowca i ogromnie interesującego człowieka, a jednocześnie świetnym językiem napisane przejmujące studium starości, smutku, samotności. Aż trudno uwierzyć, że wcześniej nasz znakomity bakteriolog pisywał jedynie teksty naukowe. Pamiętnik, w którym dał upust swemu talentowi pisarskiemu, zaczął tworzyć późno, dopiero kiedy ukończył 75 lat.

Po śmierci żony.

– Tak. Utrata Kazimiery, ukochanej kobiety, ale i towarzyszki badań naukowych, okazała się tragicznym impulsem wyzwalającym niesamowite wręcz pokłady twórczej energii. Osamotnienie zrodziła konieczność wypełnienia pustki. To zapis bólu człowieka, który nagle został sam; dodajmy: człowieka niemłodego, który zdaje sobie sprawę, że i jemu nie pozostało już wiele czasu. Bujwid – co w podobnych sytuacjach może wydawać się typowe – zaczyna od listów, w których bezpośrednio zwraca się do zmarłej żony. Kiedy jednak mija pierwsza fala rozpaczy, zaczyna oprowadzać czytelnika po całym swoim świecie. Dlatego lektura ta jest kopalnią wiedzy o epoce, ważnych momentach w dziejach nauki (zwłaszcza medycyny) i ludziach, bez których nie dałoby się poczynić tych wszystkich milowych kroków, które dzisiaj uważamy za oczywiste. Powstające w latach 1932–42 pamiętniki Odona Bujwida to również bezcenne źródło do poznania Krakowa, zwłaszcza do zaznajomienia się z ludźmi związanymi z Uniwersytetem Jagiellońskim i medycyną.

Dziwne, że Odo Bujwid nie doczekał się nawet porządnej monografii. To, zdaje się, jeden z tych wielkich, ale zapomnianych…

– Ma w Krakowie swoją ulicę, tablicę, a przez wiele lat istniało też muzeum biograficzne w kamienicy przy ul. Lubicz 34, gdzie przez lata prowadził swoją wytwórnię szczepionek. Mogłoby się wydawać, że pamięć o nim ma swoje miejsce w Krakowie. Faktycznie jednak mało interesujemy się dzisiaj Bujwidem, rzadko go przypominamy. Dla nas to postać – ośmielę się powiedzieć – marginalna, podczas gdy w historii światowej medycyny to wybitny bakteriolog, uczony, pionier i odkrywca europejskiego formatu stawiany w jednym szeregu z takimi postaciami jak Ludwik Pasteur i Robert Koch. Warto zastanowić się, dlaczego w naszej pamięci pozostaje w cieniu? Zaryzykowałbym, że Odo Bujwid „nie trafił” w Polsce na swój czas. Organicznik, pozytywista i społeczny radykał nie był za życia specjalnie ceniony w sarmackim, romantycznym i kostiumowo-patriotycznym Krakowie. Kraków wolał wówczas podziwiać artystów i powstańców. Powszechna świadomość medyczna była nadto na tak niskim poziomie, że o bakterii mało kto słyszał. Trudno było Bujwidowi zyskać szerokie uznanie w takiej rzeczywistości, a co dopiero konkurować z jemu współczesnymi, których otaczała legenda, podczas gdy jego – probówki, alembiki i mikroskop. Za Bujwidem nie poszła legenda, która jest najlepszym budulcem trwałego gmachu pamięci.

Przyznam się Pani do epizodu z mojej młodości. W 1975 r. byłem z moim Tatą w Wolsztynie w Wielkopolsce, miejscu, gdzie przez 8 lat lekarzem powiatowym był wspomniany już Robert Koch. Tam do dzisiaj znajduje się jego muzeum, które odwiedziłem i w którym dowiedziałem się o tym, jak ważne były jego odkrycia dla światowej medycyny. Dopiero po wielu latach, już po studiach i będąc pracownikiem Muzeum Historycznego m. Krakowa, dowiedziałem się, że postać formatu Roberta Kocha mieliśmy w Krakowie, „pod nosem”, a ja nic o tym nie wiedziałem. Mogę nawet dodać, że było to dosłownie „pod nosem”, bo mój Tato pracował vis-à-vis muzeum Bujwida, w tzw. Nafcie na ul. Lubicz, gdzie często bywałem.

Ujawnijmy jednak, że Bujwida i jego żony po prostu w Krakowie nie lubiano. Kiedy został powołany na nowo utworzoną Katedrę Higieny UJ (1883), w środowisku naukowym zawrzało. Zazdrość?

– Ależ tak! Do tego doszły miejscowe kompleksy. Przybysz z Kongresówki był przecież uczniem wielkich luminarzy nauk przyrodniczych Ludwika Pasteura i Roberta Kocha. Liberalne poglądy jego i jego żony, feminizm, w którym tkwiła Kazimiera (co nie przeszkadzało jej jednak zostać matką sześciorga dzieci), ateizm, z którym też małżeństwo się nie kryło, no i sympatyzowanie ze środowiskiem socjalistycznym, wszystko to nie licowało z mocno konserwatywnym, nazwijmy to po imieniu, Krakówkiem. Oto fragment wierszyka Boya z zielonobalonikowej szopki, gdzie na nutę Mazurka Dąbrowskiego śpiewa kukła pani Profesorowej: „Jeszcze dotąd w Galilei taki doktor nie żył, / co by leczył psią wściekliznę, / polityczną szerzył”. Z czasem zaczął kłuć również w oczy majątek Bujwidów, którzy w dodatku nie byli powiązani z żadnym z liczących się w mieście, a wywodzącym się z ziemiaństwa rodów. No to jak mogli być mile widziani pod Wawelem!

Bujwidowie to przecież stara szlachta litewska!

– Ale mocno zubożała. Odo już jako młody chłopak musiał udzielać korepetycji, żeby pozwolić sobie na dalszą naukę. W ten sposób poznał swoją przyszłą żonę, Kazimierę z d. Klimontowicz, która jako mała dziewczynka była jego uczennicą. Zdobywał majątek ciężką pracą, wytwarzając surowice i szczepionki. Jego szlachectwo nie budziło szacunku w Krakowie, gdzie preferowano swoich, a do obcych odnoszono się z dystansem. Trzeba też wiedzieć, że higiena, bakteriologia, profilaktyka (zwłaszcza jakże nowatorskie szczepienia!) to dziedziny, z którymi świat nie zdążył się jeszcze wtedy w pełni oswoić, a co dopiero mówić o Galicji, która była peryferyjną prowincją monarchii habsburskiej. Na podobne problemy w swej pracy natrafiali zresztą wspomniani już Koch w cesarstwie niemieckim i Pasteur we Francji. Rola pioniera jest trudna w każdym miejscu i w każdym czasie

Jak to? Przecież ujarzmienie wścieklizny, gruźlicy i paru innych groźnych chorób powinno być poczytywane za zasługę. Przyjeżdża do Krakowa bliski współpracownik Pasteura i Kocha, wcześniej stworzył w Warszawie pierwszą w Polsce stację szczepień pasteurowskich, będącą równocześnie, poza Paryżem, pierwszą w świecie filią Instytutu Pasteura. I co? Przecież w Galicji też nie brakuje przypadków wścieklizny.

– Docenienie zasług przychodzi często po latach…. a czasem nie przychodzi w ogóle. Kolejną filię tego Instytutu Bujwid tworzy właśnie w Krakowie. W swoim domu przy ul. Lubicz 34 zakłada ponadto wytwórnię surowic i szczepionek. Placówka ta w czasie I wojny światowej dostarczała za darmo szczepionki i surowice legionistom. Bo Bujwidowie byli wybitnymi patriotami, ale rozumieli swój patriotyzm pragmatycznie. Odo Bujwid darzył Józefa Piłsudskiego nadzwyczajną atencją, w domu Bujwidów mieścił się w czasie I wojny światowej legionowy lazaret. W latach okupacji hitlerowskiej zakład przy ul. Lubicz dostarczał polskiej ludności szczepionek przeciw durowi plamistemu. Kiedy sięgniemy w bardziej odległą przeszłość, to dodamy jeszcze zakończone sukcesem prace Bujwida nad błonicą, chorobą zbierającą na przełomie wieków śmiertelne żniwo wśród najmłodszych dzieci. Ojciec polskiej pediatrii doktor Maciej Leon Jakubowski zaopatrywał szpital św. Ludwika w surowicę wyprodukowaną właśnie przez zakład szczepionek Bujwida.

Oczywiście, opanowanie dziesiątkujących ludność chorób to wielka rzecz. Ale zanim doceniono zasługi Bujwida i innych na tym polu, musiało upłynąć trochę czasu. Sukces w medycynie rzadko przychodzi natychmiast; trzeba czasem wielu prób i bolesnych porażek, które nie stają się powodem entuzjazmu względem danej osoby, a wręcz przeciwnie.

Tak było z tuberkuliną?

– Błagam, nie wdawajmy się w rozważanie ściśle medyczne, bo na tym gruncie szybko polegnę...

... ale to Bujwid właśnie nazwał pewien rodzaj białka tuberkuliną. Skuteczność preparatu badał na sobie i omal od tego nie umarł.

– To prawda, nazwa jest jego. Ale odkrycie tegoż białka jest zasługą Roberta Kocha, który za badania nad gruźlicą otrzymał Nagrodę Nobla (1905). Koch był mistrzem Bujwida, który przez pewien czas pracował w jego pracowni. Tuberkulina istotnie nie spełniła pokładanych w niej nadziei, okazało się, że nie zwalcza gruźlicy, tzw. próba tuberkulinowa służy jedynie do określenia stanu odporności na gruźlicę. Ale kończmy już z tymi wątkami medycznymi, dobrze?

No tak, w Krakowie jednak preferuje się artystów… A Bujwid był tylko sumiennym, rzetelnym, obowiązkowym, wytrwałym, doskonale zorganizowanym i ogromnie pracowitym naukowcem.

– Był tytanem pracy. Jego córka Jadwiga Demelowa pisze w swoich pamiętnikach, że ojciec był też zaciekłym wrogiem alkoholu, papierosów, gry w karty i przebywania w knajpach. Człowiek, o którym rozmawiamy, po prostu nie marnował czasu. Nigdy. Z drugiej strony – przyznajmy po cichu – jak można zdobyć sympatię w Krakowie, unikając kawiarń?

A jak Kraków przyjmował budzący się feminizm?

– To był kolejny „gwóźdź do trumny” pozycji społecznej Bujwidów. Kazimiera Bujwidowa była przecież jedną z czołowych feministek tzw. pierwszej fali, znaną nie tylko na ziemiach polskich, ale i za granicą. To się w Krakowie nie podobało. A Odo Bujwid podzielał jej przekonania, ba, jawnie ją wspierał!

Ujrzał w kobiecie… człowieka.

– Proszę bez prowokacji! Faktem jest jednak, że wspólnie z żoną (...)

 

Rozmawiała Katarzyna Siwiec

 

Na zdjęciach: 1) Odo Bujwid, 2) delegacja Krakowskiego Rotary Klubu na Sowińcu, na pierwszym planie jego prezes Odo Bujwid, 3) Odo Bujwid z wizytą u marszałka Józefa Piłsudskiego, któremu towarzyszy m.in. żona Aleksandra oraz córki Jadwiga i Wanda / Narodowe Archiwum Cyfrowe.

 

 

Całość wywiadu w marcowym numerze „Krakowa”.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl