Email

Chciałby pan, żeby Kossakówka stała się oddziałem Pańskiego muzeum?

– Pewnie panią zaskoczę, ale odpowiem, że niekoniecznie.

Kraków nie zasługuje na muzeum rodziny Kossaków?

– Ależ nie to miałem na myśli. Ród Kossaków to osobowości barwne, zrośnięte z naszym miastem i tworzące niezły kawałek jego historii. Juliusz Kossak, nabywca Kossakówki, jego syn Wojciech i syn tegoż Jerzy, to ludzie niezwykli. Prócz wytrawnych malarzy, równie wyraziste postaci w tej rodzinie to córki Wojciecha. Maria, zwana Lilką, to przecież w dorosłym życiu znakomita polska poetka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, zaś młodsza to utalentowana pisarka Magdalena Samozwaniec, zwana nawet pierwszą damą polskiej satyry. Doprawdy, trudno o pełny i wiarygodny obraz Krakowa bez uwzględnienia w nim klanu Kossaków wraz z ich gniazdem – Kossakówką.

O co zatem chodzi?

– O to, że decyzja o umuzealnieniu takiego miejsca musi być głęboko przemyślana. Można utworzyć kolejny oddział, ale trzeba mieć na niego pomysł.

Nie ma pan?

– Kossakówka była kiedyś miejscem żywym. Nowe muzeum należy ustanawiać wtedy, gdy wiemy, jak wykreować je, by było żywe. Nie ma nic gorszego niż powołanie muzeum, które coś mumifikuje. To zaprzeczenie idei Arystotelesa, twórcy starożytnej idei museion – miejsca spotkań i żywej pamięci. Trzeba zatem najpierw mieć jakiś pomysł, wymyślić fabułę. Spójrzmy na Rydlówkę. Jej fenomen polega na tym, że miejsce to ciągle żyje, mieszkają tam nieprzerwanie potomkowie Lucjana Rydla. Proces trwania i dziedziczenia w Kossakówce został przerwany. Samo powołanie muzeum nie tchnie w ten budynek życia. Poza tym Kossakówka jest dzisiaj własnością prywatną i przywilejem właściciela jest decydowanie o jej przyszłości. Generalnie w Polsce zbyt często państwo lub samorząd biorą na siebie ciężar dbałości o dziedzictwo materialne. Choćby nie wiem, jak wiele środków i wysiłków na to przeznaczać, władza publiczna nie zadba o wszystko, co jest wartością, co warto utrzymywać. W dojrzałym społeczeństwie, jakim z pewnością w ciągu ostatniego ćwierćwiecza w jakieś części się staliśmy, prywatni właściciele są niezastąpionymi graczami „na boisku” dziedzictwa. O ile (a w tym przypadku słyszę, że obecny właściciel publicznie to deklaruje), chcą uratować wyjątkowe dla Polaków miejsca. Warto temu przyklasnąć, warto pomóc, ale nie wyręczać. Powoływanie muzeum nie jest jedynym i nie zawsze jest trafionym gestem.

Zastanawiam się, co Kossakowie właściwie zrobili istotnego dla Krakowa. No bo została po nich tylko Kossakówka, z którą teraz tyle kłopotu. Oczywiście oprócz obrazów, które można spotkać w niektórych krakowskich domach. Weźmy na przykład Wojciecha. Przecież nie był nawet miejskim radnym.

– Chyba pani żartuje. Z całym szacunkiem dla radnych wszystkich pokoleń, ale czy trzeba koniecznie być radnym, by uczynić coś wartościowego? Wojciech Kossak zostawił coś ogromnie ważnego i potrzebnego: legendę. Bez niej miasto nie mogłoby się dzisiaj obejść, nie sądzi pani? Tak! Wojciech Kossak jest istotną częścią legendy naszego miasta. To ktoś rozpoznawalny, nieco szalony, ogromnie utalentowany i na trwałe wpisany w krajobraz Krakowa razem ze swoją Kossakówką. Człowiek kolorowy, kochający życie i przyjemności, stał się źródłem całej masy anegdot. Siedziba, którą nabył Juliusz Kossak i w której w pewnym momencie mieszkały trzy pokolenia Kossaków, każde z artystyczną duszą, to było ogromnie ważne dla Krakowa miejsce. Może nie tyle kolejny krakowski salon, ile zupełnie wyjątkowa pracownia, w której bywało wielu malarzy i mnóstwo interesujących postaci. Przychodzili najwięksi, najsławniejsi, najbardziej utalentowani, ale i tacy, którzy stali jeszcze na początku swojej kariery. Wystarczy nadmienić, że bywali tam Jacek Malczewski, Henryk Sienkiewicz, Włodzimierz Tetmajer.

Co do obrazów – zgoda. Było w dobrym tonie mieć u siebie Kossaka, zwłaszcza Wojciecha; jakiegoś ułana flirtującego z dziewczyną czy rozpędzone konie. Jakież to polskie i narodowe, a przy tym nie raz jeden jakże malarsko znakomite! A proszę spojrzeć na jego obrazy batalistyczne albo też słynnego Piłsudskiego na kasztance, o którym ostatnio z pewnych powodów tak głośno. Ileż tam brawury, siły, odwagi, dostojeństwa! Trzeba przyznać, że Wojciech właśnie takimi cechami niesamowicie celnie trafił w rynek. Stał się ogromnie pożądany i popularny, po prostu modny. Zapytała pani na początku, co Kraków zawdzięcza Kossakom. Otóż odpowiadam, że Wojciech Kossak Kraków dosłownie tapetował. O ile w pierwszej połowie XIX w. krakowianie musieli mieć na ścianie portret Kościuszki, to na przełomie wieków celowali w Wojciecha Kossaka właśnie. Moją dziecięcą wyobraźnię też kształtował Wojciech Kossak. Jego obraz wisiał u mojej babci w Żywcu w miejscu absolutnie honorowym, bo nad fortepianem. Przedstawiał trzech ułanów na klifie orłowskim. Pamiętajmy jednak, że nie wszystkie „kossaki”, nawet te sygnowane, w 100% wyszły spod pędzla mistrza. Jeśli były podpisane pełnym nazwiskiem Wojciech Kossak, charakterystycznym, pochylonym w prawo pismem, to są jego autentycznym dziełem. Natomiast sygnowane tylko inicjałami W.K. pochodzą z jego „fabryczki”.

Cóż to takiego?

– Coś, czego Wojciech Kossak szczerze nienawidził. Ale portrecistą był przecież znakomitym, więc i tę sztukę uprawiał. Na terenie Kossakówki działała firma portretowa, nazywana przez niego fabryczką właśnie, w której zatrudniał uczniów. Rodzina wymagała utrzymania domu na odpowiednio wysokim poziomie. Wojciech nadzorował tych uczniów i kiedy tylko mógł, szedł do owej fabryczki. Na pytanie, dlaczego tyle czasu tam spędza, zwykł odpowiadać: „Pańskie oko konia tuczy. Bo jak tylko wyjdę – dodawał – pańskie oko tuczy koniak”.

Wiemy, ile obrazów namalował?

– Nie. To był człowiek nieprawdopodobnie pracowity i płodny. Ciągle odnajdują się jakieś nowe Kossaki. Jeśli do jego oryginalnych dzieł dołożymy te, które pochodzą z owej fabryczki, nie sposób na to pytanie odpowiedzieć. Nie nadążał z zamówieniami. Zamawiano u niego portrety nawet na dworach w Wiedniu i Berlinie, gdzie zresztą przez pewien czas przebywał na dworze cesarza Wilhelma. Był człowiekiem znanym; znajomym cesarzy, królów, książąt, hrabiów i baronów, którzy chętnie zamawiali u niego portrety.

Światowiec!

– I globtroter. Urodził się, przypominam, w Paryżu w noc sylwestrową 1856 r. jako Wojciech Horacy (drugie imię otrzymał po ojcu chrzestnym, znakomitym francuskim malarzu bataliście Horacym Vernecie). Tutaj ciekawostka: jego brat bliźniak Tadeusz urodził się tuż po północy, bliźniacy mają więc inny rok urodzin. Córką Tadeusza była znana pisarka Zofia Kossak-Szczucka. Młodszym bratem Juliusza Kossaka, a więc stryjem Wojciecha, był niezmiernie ciekawy malarz Leon Kossak. To tak na marginesie, by dopełnić obraz tej wyjątkowej rodziny.

Dzieciństwo obu braci upłynęło w Warszawie. Wojciech kształcił się w Paryżu, Warszawie, Wiedniu, Monachium. Jego obecność w Krakowie zawdzięczamy ojcu, Juliuszowi, który postanowił przeprowadzić się do Krakowa. Ostatecznie Szkołę Sztuk Pięknych (wówczas jeszcze Szkołę Rysunku i Malarstwa) ukończył Wojciech właśnie w Krakowie. Całe dalsze życie (ponad 50 lat) związał z Krakowem, z miejscem będącym jego stałą pracownią, czyli Kossakówką. Wyjeżdżał często. Choćby do Warszawy, gdzie w Hotelu Bristol również miał pracownię. W ogóle dużo jeździł po Europie, parę razy odwiedził nawet Amerykę.

Ale malarzem Krakowa raczej nie był. Coś mało wśród jego obrazów dzieł, które moglibyśmy nazwać typowo krakowskimi.

– Trochę się tego znajdzie, choć faktycznie niezbyt wiele. Ale za to jakie! Rewia kawalerii, Banderia krakowska – to chyba najbardziej znane. Proszę spojrzeć jeszcze na Wesele krakowskie, ileż tam żywiołowości, barw, ruchu! Jakby słuchał Wyspiańskiego w tym momencie. Energia jak w scenie batalistycznej. Aż się słyszy ujadanie psa, który biegnie za wozem pełnym weselników, a wóz zdaje się za chwilę wyskoczyć z ram obrazu. Kossak nie zachłystywał się chłopomanią, nie uległ jej do tego stopnia, co jego kolega (i współpracownik przy malowaniu Panoramy Racławickiej) Włodzimierz Tetmajer, ale echa tego modnego trendu są u niego widoczne.

Mamy wreszcie całą serię pejzaży miejskich, uroczych obrazków z krakowskimi motywami, które Wojciech Kossak tworzył wspólnie ze Stanisławem Tondosem. Tondos fantastycznie malował architekturę, natomiast ludzi niekoniecznie. Postacie domalowywał mu szybko, niesłychanie lekką ręką Kossak właśnie. Wydali nawet wspólny album zawierający te kapitalne krakowskie szkice; album często reprodukowany i chętnie wieszany w krakowskich domach.

Panowie byli przyjaciółmi. Często widywano ich razem idących przez Planty, a widok ten wzbudzał zawsze zainteresowanie zabarwione domieszką wesołości. Bo też wyglądali razem nadzwyczaj pociesznie. Kossak był rosły, przystojny, urodziwy, z lekką nadwagą, a jego tubalny głos słyszany był z daleka. Natomiast Tondos wyglądał przy nim niczym agrafeczka. Miał podobno 152 cm wzrostu i swoim drobnym kroczkiem nie mógł nadążyć za zamaszyście poruszającym się Wojciechem. W dodatku mówił cienkim głosikiem, sepleniąc nieco.

Kobiety szalały za Kossakiem.

– Oj, przystojny był zabójczo (podobnie jak jego ojciec Juliusz). I świadomy uroku wywieranego na płeć przeciwną. Na aukcjach pojawiają się dzisiaj fotografie tego kipiącego energią i radością życia człowieka (bardzo lubił się fotografować, zwłaszcza w mundurze ułańskim), ale osiągają tak zawrotne ceny, że nasze Muzeum ze swoim budżetem przeważnie nie ma szans na ich nabycie. Z opowieści wiadomo, że zarówno w obecności Juliusza, jak i Wojciecha kobiety traciły opanowanie. Wojciech miał już ponad 80 lat, kiedy – jak wspomina jego córka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska – na plaży w ukochanej Juracie wodził wzrokiem za Gracjami, które kusząco przechadzały się w strojach kąpielowych, czując na sobie wzrok starszego, ale jakże jeszcze interesującego i szarmanckiego pana. W dodatku znanego malarza! Kossak westchnął raz i szepnął córce: „Ach, Marysiu, gdybym ja miał 70 lat…”.

 

 

 

Całość wywiadu w lutowym numerze „Krakowa”.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl