Email

 

 

 

 

Urodził się Pan w Opolu, studiował w Poznaniu, a później w Wiedniu i Berlinie pod kierunkiem m.in. prof. Olgi Parchomienko i Alfreda Staara. Jest Pan teraz gościnnym profesorem Centralnego Konserwatorium w Pekinie. A jednocześnie od prawie trzech lat prowadzi Pan jako dyrektor artystyczny Myślenicką Orkiestrę Kameralną CONCERTINO. To jakoś zupełnie nie po drodze?

– Od ponad 20 lat główny adres mam w Wiedniu. W trakcie mojej współpracy z Akademią Muzyczną w Krakowie w pewnym momencie padła propozycja takiej właśnie współpracy w Myślenicach. Projekt miał być jednorazowy, krótkoterminowy. Tym bardziej że nie było to specjalnie atrakcyjne ani finansowo ani wygodne logistycznie. Ale jakoś przypadliśmy sobie do gustu, pojawił się drugi wspólny projekt i zdecydowałem się poprowadzić tę młodą orkiestrę jako dyrektor artystyczny. Dostrzegłem w tych młodych ludziach niespotykaną wręcz radość wspólnego muzykowania i wolę ciężkiej pracy, jakiej trudno czasami szukać u muzyków zawodowych orkiestr w Polsce. Tym mnie urzekli i powstała między nami reakcja prawie chemiczna. Zupełnie niedawno zdałem sobie sprawę, że zaczynamy podążać szlakiem, którym dużo wcześniej przeszła przed nami Deutsche Kammerphilharmonie Bremen – dzisiaj zaliczana do grona dziesięciu najlepszych orkiestr świata. Oczywiście przed nami jeszcze dużo, dużo ciężkiej pracy. Ale zarówno ja, jak i muzycy Concertino, jesteśmy tego w pełni świadomi i to nas zupełnie nie odstrasza, a wręcz dopinguje. Myślę, że muzycy, podobnie jak sportowcy, podlegają takim samym regułom, które motywują ich do pracy, pozwalają trzymać formę i osiągać sukcesy. Sukcesowi musi towarzyszyć radość. Bardzo ważne są fundamenty, na których stawiamy nasze osiągnięcia: sens tworzenia orkiestry, jej wewnętrzna demokracja, przygoda, energia, koncentracja, perfekcja i radość. To wszystko pozwala stwierdzić, iż orkiestra jest bardzo skomplikowanym i złożonym organizmem, który wymaga nie tylko ciągłej pielęgnacji, ale również kontaktów z innymi dziedzinami sztuki i nauki. Dlatego chciałbym zaprosić do współpracy i kooperacji wszystkich tych, którzy zajmują się zarówno psychologią twórczości, jak i sprawami policzalnymi, czyli ekonomią i kreowaniem marki. Także w działalności artystycznej trzeba stawiać na nowości i innowacje, więc jesteśmy otwarci na tego rodzaju wspólne działanie. Z miłą chęcią przyjmiemy rolę „królika doświadczalnego”.

Jak to się dzieje, że nikomu specjalnie nieznana orkiestra z Myślenic trafia do najsłynniejszej instytucji koncertowej świata?

– Mieszkam w Wiedniu 22 lata, w Musikverein zagrałem na pewno między 400 a 500 koncertów w różnych konfiguracjach, we wszystkich salach, zarówno jako solista, kameralista, muzyk orkiestry symfonicznej, dyrygent. Chciałem bardzo ich tutaj przywieźć niejako w nagrodę, oczywiście w jakimś dalszym horyzoncie czasowym. Ale przekonałem się, że orkiestra gra już na tyle dobrze, że może bez wstydu zaprezentować się w Wiedniu. Nie ukrywam, że wykorzystałem tu swoją pozycję i koneksje zawodowe, by przekonać parę osób z kręgu Musikverein do zaproszenia właśnie tej orkiestry z nikomu tu specjalnie nieznanych Myślenic. I na początku listopada orkiestra dała swój pierwszy koncert w słynnej Złotej Sali, przy wysprzedanych biletach, bisach, owacji na stojąco, gorącym aplauzie i znakomitych recenzjach. Tak zdobyła serce tutejszej publiczności. A w kilka tygodni później wystąpiła w repertuarze kameralnym w Sali Brahmsa. To taka trochę baśniowa narracja, ale tak się to stało. To zresztą nie pierwsza polska orkiestra, jaka tu wystąpiła, miałem udział w zaproszeniu kilku orkiestr z Polski. Nie dyrygowałem nimi, bo nie miałem takich ambicji. Postanowiłem zadyrygować właśnie orkiestrą z Myślenic, ponieważ obecnie jest jedną z najlepszych orkiestr w Polsce. To nie są moje słowa! Ale bardzo mnie cieszą. Tu na miejscu tak ją nazwali wiedeńscy melomani, a przede wszystkim osoby, które zapraszały tę orkiestrę. I panu pierwszemu to powiem: Myślenicka Orkiestra Kameralna CONCERTINO wystąpi w Musikverein po raz trzeci, ponownie w Złotej Sali, już 25 czerwca 2017 roku w koncercie abonamentowym.

Musikverein, co to znaczy dla młodej orkiestry, stojącej u progu kariery? To zaszczyt, nobilitacja, nominacja…?

– Musikverein to przedsiębiorstwo, które funkcjonuje na warunkach wolnorynkowych. Są orkiestry, które kupują sobie tutaj salę. Głośna była sprawa pewnej polskiej filharmonii, która dzięki możnym sponsorom kupiła sobie salę i w ślad za nimi przyjechały całe autobusy publiczności, która miała ich słuchać właśnie w Wiedniu… Ale nie o to chodzi! Istotne jest, aby grać w ramach pewnego cyklu koncertowego, aby być słuchanym przez wiedeńską publiczność. Ta być może najważniejsza sala koncertowa na świecie jest dla każdego muzyka nobilitacją. Pamiętam znakomicie swój pierwszy raz właśnie tutaj. Miałem 16 albo 17 lat i byłem koncertmistrzem młodzieżowej orkiestry akademii Wiedeńskiej Filharmonii, grałem symfonię Brahmsa, z piękną solówką w II części pod fenomenalnym, zmarłym już niestety, dyrygentem Giuseppem Sinopolim. To było niezwykłe doświadczenie, które pozostawiło w mojej pamięci niesamowite wrażenie i odcisnęło trwały ślad w mojej psychice.

W grudniu w kameralnej Sali Brahmsa zagraliście dwa koncerty na dwoje skrzypiec i orkiestrę kameralną: Vivaldiego a-Moll i Bacha d-Moll, a na koniec „klasykę klasyki” czyli Cztery pory roku Vivaldiego w Pańskiej indywidualnej interpretacji. Ale zaczęliście nietypowo: Trzema obrazami na orkiestrę kameralną współczesnego krakowskiego kompozytora Janusza Bieleckiego. To Pański wybór?

– Jak najbardziej świadomy. Taki był plan. Trzy obrazy na orkiestrę kameralną zostały napisane specjalnie dla CONCERTINO i chociaż są utworem z metryką XXI wieku, to bardzo ładnie konweniują z muzyką doby baroku. Nie ma między nimi żadnego konfliktu. Gdybym nie był przekonany do muzyki Bieleckiego, tobym się nią nie zajmował, jestem bowiem osobą bezkompromisową. Kompromisu w sztuce nie ma! Kompromis w sztuce – to jest pół sztuki! W zasadzie żadna sztuka! Zainteresowałem się muzyką Janusza Bieleckiego, bo zauważyłem w niej bardzo ciekawe elementy, które dają słuchaczowi przede wszystkim możliwość wytchnienia. To jest muzyka powstająca przecież w XXI wieku, ale jest bardzo tonalna, powiedzmy – miła dla skołatanego ucha… To jest zupełnie inny rodzaj muzyki od pojawiającej się obecnie w mainstreamowych źródłach. Odbiorca tej muzyki niekoniecznie musi być wybitnym koneserem, aby ją przetrawić. Słuchacz zawsze ma największą frajdę, jeśli słuchając muzyki, sam może sobie dopowiedzieć pointę. Bardzo osobiście podchodzę do twórczości Janusza Bieleckiego. Może dlatego że jest to także bardzo szczera, osobista właśnie muzyka, pisana pod wpływem nastroju, emocji chwili, a nie z konieczności zarobienia pieniędzy. Bardzo osobiście podchodzę też do muzyki, którą gram. Pragnę przekazać publiczności moją wizję konkretnego utworu. To jest bardzo istotne, bo niby jestem odtwórcą, ale także twórcą. Jestem człowiekiem, który absolutnie chce mieć ogromny wpływ na to, co finalnie słyszy słuchacz.

Wiener Musikverein. Gdy w 1812 roku Joseph Sonnleithner, dyrektor wiedeńskich teatrów i librecista (m.in. współautor libretta do opery Fidelio Ludwika van Beethovena czy Faniska Luigiego Cherubiniego), zakładał w Wiedniu Towarzystwo Miłośników Muzyki (Gesellschaft der Musikfreunde w skrócie Musikverein, czyli dosłownie: klub muzyczny), zapewne nie przypuszczał, że po zaledwie dwóch stuleciach będzie to najsłynniejsze miejsce koncertowe świata. Dzisiejszą siedzibę Musikverein zawdzięcza cesarzowi Franciszkowi Józefowi, który wyznaczył to miejsce i sfinansował postawienie budynku. Gmach zaprojektował urodzony w Kopenhadze baron Theophil Edvard von Hansen, autor budynków m.in. wiedeńskiej giełdy, Akademii Sztuk Pięknych czy parlamentu austriackiego, a w jego wnętrzu ukrył dużą Złotą Salę o genialnej akustyce: długą na 49 metrów, wysoką na 18 metrów i szeroką na 19 metrów, o czasie pogłosu równym 2 sekundom. Mieszczącą 1744 słuchaczy na miejscach siedzących i 300 na okalającym ją balkonie na stojąco. Towarzyszy jej podobna w konstrukcji, choć mniejsza i pozbawiona organów Sala Brahmsa, przeznaczona dla koncertów kameralnych. Skoro była instytucja, budynek i sala koncertowa, należało powołać do życia orkiestrę. Z najlepszych muzyków cesarskiej Opery dyrygent Otto Nicolai utworzył skład niezbędny do odegrania koncertu symfonicznego. I tak powstali „wiedeńscy filharmonicy”, którzy swoją siedzibę mają w Musikverein, a zaliczani są niezmiennie przez fachowe wydawnictwa do grona pięciu najlepszych i najważniejszych orkiestr symfonicznych świata obok Berliner Philharmoniker, Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej, Royal Concertgebouw Orchestra z Amsterdamu czy Chicagowskiej Orkiestry Symfonicznej. Do 1933 roku „wiedeńskich filharmoników” prowadziło łącznie 11 dyrygentów, wśród nich m.in Gustav Mahler. Po 1933 roku zrezygnowano z instytucji stałego dyrygenta, sprowadzając w charakterze gości największe sławy batuty, m.in. Richarda Straussa, Herberta von Karajana, Mścisława Roztropowicza, Leonarda Bernsteina, Claudio Abado, André Previna, Riccardo Mutiego czy Zubina Mehtę. W sylwestra 1939 roku zapoczątkowano słynne dzisiaj na całym świecie koncerty noworoczne. Na bilety – mimo że tak naprawdę koncerty są trzy (próbny, sylwestrowy i noworoczny) – trzeba się zapisywać z rocznym wyprzedzeniem: ich ceny wprawdzie zaczynają się od 30, ale kończą w okolicach 1000 euro. Przydzielane są w formie losowania, przy konkurencji zbliżonej jak podczas loterii biletów na finały mistrzostw świata w piłce nożnej. (jb)

Od jednej z krakowskich recenzentek muzycznych usłyszałem kiedyś: kompozytor samouk i na dodatek zestawiany na afiszu z uznanymi nazwiskami to profanacja albo co najmniej duża nieprzyzwoitość...

– Profanacji nie ma! Kompozytor samouk – to nic nie znaczy. W historii muzyki, ale także w czasach nam współczesnych, było i jest oraz zapewne jeszcze będzie wielu samouków. Zarówno kompozytorów, jak i instrumentalistów. W XXI wieku okazuje się, że aby komponować, nie trzeba być kompozytorem. Są osoby, które piszą tylko prymki. Pytanie jest takie: gdzie się zaczyna sztuka kompozycji, a gdzie kończy? Nie znajdzie pan na to odpowiedzi! Ja również jej nie znam! Kryterium jest proste i banalne. Muzyka jest dobra albo zła. Porusza umysły słuchaczy albo nie robi na nich żadnego wrażenia.

Kompozytor pisze dla siebie czy dla publiczności? Muzyk gra dla własnej radości czy dla przyjemności słuchaczy?

– Pewnie powinienem powiedzieć: tak, gram dla publiczności! Jeśli na sali nie będzie ludzi, to po co grać? Ale wierność wizji własnej sztuki doprowadza nas do sytuacji, w której ja tak naprawdę gram jednak dla siebie. Oczywiście – z wielką radością prezentując to innym, grając także dla nich. Ale szczerze: nie interesuje mnie, czy im się to spodoba czy nie. Na tym polega bezkompromisowość sztuki. Czy pan sądzi, że Picasso malując obraz, zastanawiał się nad tym, czy spodoba się on komukolwiek? Nie można zakładać, że będę robił coś pod publikę. Bezkompromisowość sztuki polega także na tym, że ja wychodzę na estradę w Musikverein z Czterema porami roku w niekonwencjonalnej interpretacji, jakiej tam dotąd nie słyszano i narażam się na to, że dla paru konserwatywnych słuchaczy będzie to nie do przyjęcia.

Ja w Pańskich Czterech porach roku usłyszałem – albo też tak mi się wydawało – polskie motywy, słowiański zaśpiew, niczym w uwerturze koncertowej Polonia Wagnera.

–Zaręczam panu: nic „naszego” Vivaldiemu nie dopisałem ani nie dograłem. Byłem wierny partyturze. Ale sposób artykulacji, ekspresji był mój! Własny! Osobisty! I być może przez to, w pana odczuciu, właśnie słowiański. Tak samo mnie w tym momencie nie interesuje, czy komuś będzie się Bielecki podobał czy nie. Najważniejszą rzeczą jest to, by być przekonanym do muzyki, którą się gra. Jeśli tego brakuje, nie można jej dobrze grać, dyrygować ani czegokolwiek innego z nią robić.

To zapytam wprost: dlaczego Pan gra Bieleckiego?

– Odpowiedź jest prosta: bo podoba mi się ta muzyka! Bo jest – w moim mniemaniu – dobra. Dlatego właśnie Trzy obrazy nagraliśmy na płytę. Wcześniej dyrygowałem już utworami Bieleckiego nie tylko w Musikverein, ale także w Pekinie czy Tianjin. Oczywiście, jestem za tym, aby promować i grać muzykę współczesną sensu stricto, która każdego dnia powstaje w głowach kompozytorów. Ale nie można ciągle atakować ludzi atonalnymi dźwiękami bez odpowiedniego czasu dojścia. Bez odpowiedniego przygotowania, osłuchania i przyzwyczajenia.

Dziękuję za rozmowę

 

Jacek Balcewicz

 

 

Na zdjęciach: 1) Jacek Balcewicz, 2) artysta z zespołem „Concertino” - występ w Wiedniu / fot. Jacek Balceiwcz

 

 

Wywiad z lutowego numeru „Krakowa”.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl