Email

O smogu i jego przyczynach napisano już chyba wszystko. Mało kto zadał sobie jednak trud zbadania, dlaczego ten problem aż tak bardzo dotknął Małopolskę, a ominął sąsiednią Słowację. Nie oznacza to wcale, że jakość powietrza na Słowacji jest idealna. Nie ma tam jednak armagedonu smogowego związanego z ogrzewaniem domów i mieszkań, bo te są głównie opalane gazem lub podłączone do sieci ciepłowniczej.

Dobre przeanalizowanie przykładu Słowacji może dać nam odpowiedź, jak skutecznie walczyć ze smogiem w Małopolsce. Mamy bowiem do czynienia z krajem o bardzo zbliżonych parametrach gospodarczych i socjalnych, a także z podobnymi warunkami geograficznymi. Jak to jest, że niezamożne rodziny w Rabce czy Skale „muszą” palić śmieciami i niskiej jakości węglem, podczas gdy znajdujący się w identycznej sytuacji materialnej mieszkańcy Lewoczy czy Spiskich Hanuszowców korzystają z gazu lub centralnego ogrzewania? I dlaczego na Słowacji da się palić węglem tak, by nie zaczadzić przy okazji całej okolicy – czego przykładem są podtatrzańskie wioski Żdiar, Tatranska Javorina czy Podspady, leżące przecież w kotlinach górskich?

Na początek kilka cyfr. Słowacja jest aż w 90% zależna od importu surowców energetycznych. W przypadku paliwa jądrowego jest to zależność w 100%, gazu ziemnego – 98%, ropy – 99%, a węgla – 68%. Podobnie jak u nas, jedynym krajowym źródłem energii jest na Słowacji węgiel, w tym przypadku brunatny, wydobywany w okolicach Bańskiej Bystrzycy (Prievidza, Partizanske i in.). Analogia ze Śląskiem jest oczywista. Za państwowe wsparcie dla słowackiego górnictwa oraz spalania węgla w elektrowni Novaky płaci w rachunkach za prąd każdy Słowak – dodatkowe kilka euro miesięcznie.

Mamy więc podobną jak u nas presję polityczną na wspieranie węgla ze względów socjalnych i bezpieczeństwa energetycznego. Mimo to węgiel wcale nie jest podstawą słowackiej energetyki. Aż 90% energii elektrycznej produkuje się ze źródeł nieemisyjnych, w tym 77% z atomu (elektrownie jądrowe w Jaslovskych Bohunicach i Mochovcach). Spory udział, bo ponad 10%, mają elektrownie wodne, zlokalizowane głównie na Wagu. Pod tym względem Polska zaczyna brać ze Słowacji przykład: w planach jest rozwój żeglugi śródlądowej głównie na Odrze i Wiśle, a przy tej okazji ma powstać sporo nowych elektrowni wodnych – w tym na planowanym stopniu wodnym Niepołomice.

Ale przejdźmy do ogrzewania mieszkań. Na Słowacji aż 30% gospodarstw domowych jest podłączonych do miejskich lub gminnych sieci ciepłowniczych. To podstawowe źródło ogrzewania nie tylko w dużych miastach, ale także w mniejszych, jak Poprad (50 tys.) czy Rużomberok (20 tys. mieszkańców). Aż 87% gospodarstw domowych na Słowacji jest podłączonych do sieci gazowej. Tymczasem w Polsce dostęp do gazu ma zaledwie co drugi Polak, poziom gazyfikacji kraju należy do najniższych w UE. Nawet w samym Krakowie (nie mówiąc o okolicznych gminach) sporo osiedli nie jest podłączonych do sieci gazowniczej. Na Słowacji byłoby to nie do pomyślenia.

Wśród gospodarstw domowych niepodłączonych do sieci centralnego ogrzewania najpopularniejszym źródłem paliwa jest gaz. Ogrzewanie gazowe nie jest na Słowacji tanie, ale nie rujnuje portfeli nawet słabiej zarabiających Słowaków. Wynika to z prosocjalnej polityki taryfowej, narzucanej przez lewicowy rząd Roberta Fico i państwowego regulatora energetyki. Jak podaje Urząd Regulacji Instalacji Sieciowych (ÚRSO), średni roczny rachunek za gaz w taryfie D3 (obejmującej wykorzystywanie gazu do gotowania, grzania wody i ogrzewania mieszkań) wyniesie w 2017 roku dla przeciętnego domu 1005 euro. Daje to 84 euro miesięcznie, czyli ok. 370 złotych.

Nie jest to mało, ale też nie jest to zawrotna kwota nie do udźwignięcia dla przeciętnego gospodarstwa domowego. Dodajmy, że mniej zamożni Słowacy mogą liczyć na pomoc państwa w postaci licznych subsydiów obejmujących m. in. pokrycie kosztów ogrzewania. Tutaj też widać różnicę w priorytetach obu rozdawniczych rządów – Roberta Fico i Beaty Szydło. Podczas gdy rząd Szydło poszedł we wsparcie dzietności poprzez 500+, populistyczny skądinąd gabinet Fico dofinansowuje koszty ogrzewania, finansuje dzieciom zielone szkoły i wyjazdy narciarskie oraz wprowadził bezpłatne przejazdy koleją dla uczniów, studentów, emerytów i seniorów. Co ciekawe, z bezpłatnych pociągów mogą też skorzystać polscy studenci i emeryci, pod warunkiem wyrobienia na dworcu stosownej legitymacji (za darmo, potrzebne są dwa zdjęcia).

Dla porównania, ogrzewanie przeciętnego domu węglem to w Polsce wydatek rzędu 2500–3000 złotych rocznie. Ale to tylko koszt ogrzewania, bez rachunków za gaz lub prąd do gotowania i podgrzania wody w kuchni i łazience. Jeśli te koszty do siebie dodamy, wyjdzie właściwie na to samo. Pokazuje to zresztą praktyka: ogrzewanie gazowe jest na Słowacji bardzo popularne – również wśród gorzej zarabiających Słowaków.

Na tym nie koniec: zgodnie z danymi spółki Magna Energia, w miejscowościach do 5 tysięcy mieszkańców ponad jedna trzecia domów jest ogrzewana… prądem. W Polsce to najdroższa forma ogrzewania, na Słowacji jednak nie rujnuje portfeli. Podobnie jak w przypadku gazu, jest to zasługą umiejętnej polityki taryfowej państwowego regulatora energetyki oraz kontrolowanych przez państwo dostawców prądu. Osoby używające prądu do ogrzewania korzystają ze specjalnych taryf (zwłaszcza taniego prądu w nocy) i w efekcie wychodzi to nie aż tak drogo.

Całość dopełnia węgiel i drewno spalane w indywidualnych kotłach. Ale uwaga: na Słowacji – w odróżnieniu od Polski – obowiązują normy jakości węgla i pieców. Odpady węglowe nie są przedmiotem handlu, sprzedaje się po prostu tylko dobrej jakości certyfikowany węgiel. Ten z kolei jest coraz częściej spalany w nowoczesnych domowych kotłach, które mają nawet dziesięciokrotnie niższą emisję pyłów niż stare piece-kopciuchy. I nikt nie protestuje, na Słowacji takie standardy to oczywistość.

W tym momencie dochodzimy do kolejnej fundamentalnej sprawy. Tak wysoki stopień dostępu do sieci gazowej i centralnego ogrzewania nie byłby możliwy, gdyby nie odpowiednia polityka przestrzenna Słowacji. Wystarczy pojechać na Spisz lub Orawę, by zobaczyć różnicę. Słowackie wsie i miasteczka mają zwartą zabudowę, a poza nimi mieszczą się ogromne połacie niezabudowanej przestrzeni rolnej lub leśnej. Można to sprawdzić (np. na mapach internetowych) na przykładzie orawskich wsi Sucha Hora, Hladovka, Vitanova, Liesek, osady turystycznej Oravice, miasteczka Trstena i okolic. Zupełne przeciwieństwo tego, co jest w Małopolsce, gdzie budynki są rozproszone bez sensu po całej okolicy i często budowane pośrodku niczego. W tej sytuacji nie ma co się dziwić, że gminnym firmom ciepłowniczym (np. MPEC) nie opłaca się ciągnąć dwóch kilometrów sieci tylko po to, by podłączyć jeden czy dwa domy.

Istotną kwestią jest też termomodernizacja. Na Słowacji docieplone jest 55,69% bloków mieszkalnych oraz kamienic i 30,67% domów jednorodzinnych. Dane pochodzą ze Stowarzyszenia Ociepleń Budynków i odnoszą się do roku 2015. Trend ma być kontynuowany, Słowacy widzą w nim ważny element walki z zanieczyszczeniem powietrza i osiągnięcia niezależności energetycznej.

Mimo że w porównaniu z Małopolską słowackie powietrze może się nam wydawać wręcz krystalicznie czyste, Słowacy uważają inaczej i narzekają na wciąż zbyt duże zanieczyszczenia. Nie jest tak źle jak w Polsce czy w Zagłębiu Ostrawsko-Karwińskim w Czechach, ale wciąż daleko do ideału, za który nasi sąsiedzi uznają pobliską Austrię. Według Slovenského hydrometeorologického ústavu (Słowackiego Urzędu Hydrometeorologicznego), najgorsze powietrze jest w trzech miastach: Bańskiej Bystrzycy, Rużomberku i Wielkiej Idzie koło Koszyc. Jednak tylko w przypadku Bańskiej Bystrzycy istotną rolę w zanieczyszczeniu odgrywa węgiel. W pozostałych przypadkach głównym winowajcą jest przemysł: Rużomberok zatruwają zakłady papiernicze, a Wielką Idę – koszycka huta stali.

Powietrze nie jest idealne także w Bratysławie, chociaż Polacy mają na ten temat inne zdanie. Normy pyłu w stolicy Słowacji nie są co prawda przekraczane, choć bywają dość wysokie i niebezpiecznie zbliżają się do dopuszczalnej wartości (która i tak jest niższa niż norma obowiązująca w Polsce). O wiele większy problem jest z tlenkami azotu, czadem czy ozonem. Głównym problemem Bratysławy, Koszyc, Trenczyna i Żyliny są zanieczyszczenia pochodzące z samochodów, których na Słowacji jest po prostu za dużo. Podobnie jak u nas mówi się o potrzebie mycia ulic, by usuwać zalegający na nich kurz i piasek, który wskutek ruchu samochodowego powoduje zapylenie. Pod tym względem w Bratysławie jest dużo gorzej niż u nas.

Poza Krajem Bańskobystrzyckim są na Słowacji dwa etnoregiony, gdzie występuje problem smogu pochodzącego ze spalania węgla w indywidualnych piecach. To graniczące z Małopolską Orawa i Kysuce. W zimowych miesiącach bywa tak, że orawskie czy kysuckie kotliny są zapylone wskutek dymu z indywidualnych pieców węglowych (widać to wyraźnie np. w Czadcy czy Twardoszynie). Jednak nawet w najgorszych dniach powietrze nie jest tam aż tak złe jak w Małopolsce – głównie dzięki temu, że na Orawie i Kysucach nie spala się powszechnie niskiej jakości węgla i mułów węglowych (nie są dopuszczone do obrotu), nie mówiąc już o śmieciach. Stosunkowo duże zanieczyszczenie Kysuc i Orawy to też „zasługa” eksportu zanieczyszczeń z sąsiedniej Polski i czeskiego Śląska, co zresztą jest często w słowackiej prasie przypominane – i nie przynosi naszemu krajowi chluby.

Jakie wnioski z tego wszystkiego wynikają dla Polski i Małopolski? Przede wszystkim absolutnym minimum powinno być wprowadzenie, tak jak to jest w Czechach i na Słowacji, norm jakości węgla i kotłów węglowych. Każdy nowo instalowany piec węglowy powinien być już piecem nowej generacji, który emituje nawet dziesięciokrotnie mniej pyłu niż stare piece zasypowe, a mieszkańcy Małopolski powinni mieć stuprocentową dotację na wymianę starego pieca węglowego na nowy. To jednak powinno iść w parze z powszechnym programem dopłat do termomodernizacji, również na poziomie miejskim. Od tego właściwie trzeba zacząć, gdyż termomodernizacja domów jednorodzinnych pozwoliłaby ograniczyć zapotrzebowanie na energię do tego stopnia, że nawet opalanie gazem czy prądem nie byłoby aż tak kosztowne.

Bez ocieplenia domów będzie to niemożliwe, z kolei sami mieszkańcy z własnych środków tego nie zrobią. Przy czym nie oszukujmy się: wprowadzenie przez Kraków powszechnego programu dotacji dla ociepleń kosztowałoby nawet setki milionów złotych rocznie i być może Krakowa na to nie stać. Bez tego jednak nie ma szans na pokonanie smogu: nawet po wejściu w życie zakazu palenia węglem w 2019 roku, znaczna część mieszkańców nadal będzie ten zakaz łamać z przyczyn ekonomicznych.

Drugi wniosek, który nasuwa się po przeanalizowaniu słowackich doświadczeń – to wprowadzenie atrakcyjnych taryf dla osób ogrzewających mieszkania gazem lub prądem. Na Słowacji to działa: inną taryfę mają osoby wykorzystujące gaz czy prąd do gotowania, o wiele niższą – ci którzy gazem lub prądem ogrzewają. Tauron i PGNiG to spółki kontrolowane przez państwo, więc przy odrobinie dobrej woli da się takie tanie taryfy wprowadzić, nawet gdyby miało to być lekko deficytowe. Właśnie na takiej zasadzie te niskie taryfy działają na Słowacji. To skryte dotowanie przez państwo taniej energii jest oczywiście krytykowane przez liberałów gospodarczych, ale efekt jest widoczny: nie ma smogu.

Jak widać, dobrych przykładów walki ze smogiem nie trzeba szukać daleko. Szkoda tylko, że większość z nich wymaga działań na szczeblu ogólnopolskim. Współpraca województwa małopolskiego z Krajem Żylińskim i Preszowskim często funkcjonuje tylko na papierze i sprowadza się do kurtuazyjnych wizyt bez większego efektu, podobnie zresztą jak partnerstwo Krakowa i Bratysławy. Ale nawet gdyby kontakty ze słowackimi partnerami były intensywniejsze, wielu oczywistych rozwiązań antysmogowych nie można wprowadzić bez zgody Sejmu lub rządu.

 

 

 

Tekst z lutowego numeru „Krakowa”.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl