Przychodził zwykle z przedwiosenną odwilżą i wiatrem halnym, który strącał z dachów i okapów sople wraz z nawisami śniegu. Dziennik „Czas”, który niemal od swego powstania zawsze na początku miesiąca pisał o zjawiskach pogodowych w tym okresie roku, zauważał, że według wieloletnich obserwacji wraz z marcem zaczyna się przedwiośnie – termometry wskazują w dzień nieraz i + 10°C, nocne mrozy zanikają, a gawrony na Plantach donośnym krakaniem oznajmiają, że czas budować gniazda...

Z nadejściem marca rozpoczynał się też w Krakowie – zarzucany na okres zimy – zwyczaj ulicznych serenad pod oknami solenizantów, wykonywanymi wczesnym rankiem. Pierwszymi popularnymi solenizantami marca byli liczni w tamtej epoce Kazimierze i Kazimiery. W liturgicznym kalendarzu dzień świętego Kazimierza – królewicza z rodu Jagiellonów – przypadał 4 marca. Cieszące się renomą małe zespoły muzyczne – zwykle byli to trębacze z towarzyszeniem fletów i skrzypiec – angażowano już kilkanaście dni wcześniej, aby zapewnić sobie ich udział w imieninowej uroczystości. Zdarzało się, że popularne kapele grały i dziesięciokrotnie tego samego ranka dla rozmaitych solenizantów, dobierając repertuar do statusu i wieku uhonorowanych osób. Narzeczeni, czy bodaj starający się o względy panien, wybierali sentymentalne walce czy melodie z popularnych wówczas oper, urzędnicy, członkowie cechów czy różnego rodzaju stowarzyszeń – zamawiali dla przełożonych czy lubianych współpracowników pieśni patriotyczne albo dziarskie marsze. Dźwięki muzyki niosły się przez miasto, budząc nie tylko solenizantów, ale i mieszkających w pobliżu, co zdaje się nikomu nie przeszkadzało, gdyż w tamtych czasach większość ludzi bez względu na społeczną sferę zaczynało dzień o świcie. Popularnych i lubianych wykładowców uniwersyteckich bądź gimnazjalnych studenci i uczniowie fetowali chóralnym śpiewem z towarzyszeniem kapeli...

Ci, którym dedykowany był koncert, pojawiali się w oknach jako pierwsi – starannie ubrani i uczesani, kłaniali się z uśmiechem, dziękując za koncert i zapraszając muzykantów na – jak wówczas mówiono – traktament: szklaneczkę miodu czy lampkę wina i małą przekąskę.

Jeśli karnawał był długi i pierwsze dni marca przypadały przed Popielcem, w wieczór św. Kazimierza radośnie tańczono – w domach solenizantów albo w lokalach wynajętych przez urzędy czy stowarzyszenia. Poczynając od lat 60. XIX wieku, dodatkową atrakcją tych imprez były loterie kwiatowe. Firmy, a także prywatne osoby mające szklarnie czy gospodarstwa ogrodnicze – jak hrabina Katarzyna Potocka z Krzeszowic – przekazywały organizatorom nasiona i sadzonki roślin ozdobnych, publiczność nabywała losy, a dochód szedł na jakiś cel filantropijny.

Największą radość sprawiały cebulki hiacyntów pochodzące z ogrodnictwa hrabiny – Katarzyna Potocka, miłośniczka i znawczyni roślin ozdobnych, sprowadzała je z Holandii i Francji. Kwiaty będące tradycyjną ozdobą wielkanocnych stołów i kościelnych Grobów Pańskich trzeba było kilka tygodni wcześniej troskliwie pielęgnować w doniczkach ustawionych w ciemnym pokoju, aby bladozielone kiełki zmieniły się w łodygi zakończone pachnącym, ciemnobłękitnym, białym czy różowym kwiatem. Zapach hiacyntów był też w tamtej epoce ulubioną nutą perfum używanych przez niewiasty młode, ale już zamężne.

Nawet po najdłuższym karnawale w marcu wypadał początek wielkiego postu, w którym to okresie większość Galicjan ograniczała swe przyjemności. Pobożne panie domu serwowały domownikom na deser mało słodkie kruche ciasteczka zamiast ciasta z bakaliami albo po prostu pieczone jabłka, w środy i piątki kluski z serem zastępowały mięsne dania, a kawę prawdziwą – zbożowa bez śmietanki. Felietonista „Czasu” złośliwie pisał, że wielu mężczyzn wyrzeka się na czas postu palenia cygar i kieliszka nalewki po obiedzie, stąd większość panów trwa w złym humorze. Z kolei niewiasty na fali postnych ograniczeń ubierały się w czarne albo w półżałobne stroje, co nadawało krakowskim ulicom pozory „wdowiej parady”.

Na szczęście 19 marca przypadał najweselszy dzień postu – jak nazywano święto św. Józefa. Tego dnia można było – bez dyspensy – zawierać małżeństwa, wymieniać zaręczynowe pierścionki i urządzać wesela. Powszechnie wierzono, że pary ślubujące sobie w święto patrona rodzin będą żyły w zgodzie, ciesząc się udanym potomstwem.

Zabawy taneczne urządzano też bez tego rodzaju okazji, a ponieważ bawić się można było tylko do północy, niektórzy zaczynali tańce zaraz po obiedzie. Było to tym łatwiejsze, że 19 marca należał do świąt kościelnych wolnych od pracy i nauki. Cechy cieśli i stolarzy mające za patrona św. Józefa obchodziły ten dzień uroczyście zarówno od strony religijnej, jak i świeckiej: po nabożeństwie odbywało się przyjęcie dla mistrzów i czeladzi, a później – już z rodzinami – tańce.

Imię „Józef” i francuska żeńska forma tegoż miana „Józefina” również należały do najpopularniejszych imion w ówczesnym Krakowie. Stąd wiele towarzyskich spotkań urządzanych 19 marca odbywało się dla uczczenia solenizantów.

W połowie lat 50. XIX stulecia Wincenty Antoni i jego syn Wincenty Marcin Kirchmayerowie, należący do najznamienitszej kupieckiej familii Galicji, urządzili w dzień św. Józefa wystawny imieninowy obiad zapraszając znajomych Józefów i Józefiny – ze współmałżonkami. Byli to oczywiście przedstawiciele elity miasta – profesorowie uniwersytetu, wyżsi urzędnicy, majętni kupcy, znani artyści. Ojciec i syn podjęli gości wielce wystawnie – obiad składał się z 12 dań, toasty wznoszono najlepszym winem z piwnic starego Kirchmayera, którego firma szczyciła się, że ma na składzie wykwintne trunki z całej Europy. Zadbano też o estetyczne wrażenia biesiadników: młody Kirchmayer – nie tylko bankier, ale i zapalony meloman – zaprosił najlepszych muzyków w mieście, aby przygrywali podczas uroczystości i paru znanych aktorów z teatru miejskiego, którzy wygłosili rymowane laudacje dla solenizantów. Józefowie i Józefiny otrzymali stosowne prezenty. Panowie – przybory do pisania z serpentynitu i po butelce dobrego węgrzyna, panie – safianowe teki na listy oraz ozdobne bombonierki z wiedeńskimi czekoladkami. Nastrój był radosny, wzniesiono wiele toastów także na cześć hojnych fundatorów.

Imieniny krakowskich Józefów i Józefin zrelacjonował następnego dnia dziennik „Czas” ukazujący się w Krakowie, ale czytany w trzech zaborach, chwaląc pomysł panów Kirchmayerów. Obecni na uroczystości wspominali ją jeszcze po latach na kartach wspomnień.

Ciekawe, że – jak pisał „Czas” – 19 marca w Krakowie i okolicach na ogół był słoneczny i ciepły, obserwujący budzenie się natury zauważali, że tego dnia pojawiały się powracające z południa ptaki, a przekupki sprzedawały na krakowskich targach pierwsze przebiśniegi i pączkujące bazie.

Ostatnią atrakcją marca był w Krakowie bazar urządzany przez Towarzystwo Dobroczynności i rozmaite stowarzyszenia filantropijne. Trwał trzy dni i był okazją nie tylko do zakupów wiktuałów na świąteczne stoły, ale też stwarzał możliwość przypatrzenia się paniom i pannom z wyższego towarzystwa, pełniącym rolę sprzedawczyń i kwestarek. Na te dni nawet najpobożniejsze damy zrzucały wielkopostną „półżałobę” i prezentowały się elegancko. Dla ludzi widujących je z daleka, z okien karoc czy w kolatorskich ławach kościoła, była to spora atrakcja.

Na przybranych zielenią i cieplarnianymi kwiatami straganach piętrzyły się wędliny, wędzone sery, słoje z konfiturami czy miodem. Były też zapakowane w plecione koszyczki wielkanocne mazurki – wypieki wielce trwałe, bo można je było przechowywać w chłodnej spiżarni nawet miesiąc. Przysmaki sporządzone przez niewiasty z ziemiańskich sfer były opatrzone bilecikiem wizytowym z herbem i nazwiskiem, co ponoć zachęcało snobistycznie nastawioną publiczność… Ceny były ustalone, ale wielu kupujących płaciło więcej niż oczekiwały sprzedawczynie. Podczas bazaru przygrywały – na zmianę – orkiestra wojskowa i miejska, a znani aktorzy krakowskiego teatru zachęcali publiczność, aby niezależnie od zakupów nabywała losy na loterię. Fanty były najrozmaitsze – od żywych prosiaków, indyków i gęsi poczynając (oczekiwały w folwarku na obrzeżach miasta) , poprzez towary domowego użytku ofiarowane przez firmy handlowe, kończąc na dziełach sztuki mających już teraz (albo po latach) znaczną wartość. Jan Matejko co roku wspierał loterię paroma szkicami, zachęcał też do ofiarności swych studentów, a byli wśród nich młodzi ludzie, których tak jak Jacka Malczewskiego, czekała artystyczna sława.

 

Tekst z marcowego numeru „Krakowa”.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na www.ebookpoint.pl